poniedziałek, 6 lutego 2012

Co w Rumunii piszczy cz.3 Boc odchodzi

Dzis rano - premier Boc oglosil natychmiastowa rezygnacje z piasotwanego urzedu. Pociaga to za soba dymisje calego gabinetu.

Oficjalna przyczyna jest utrata wsparcia wlasnego zaplecza politycznego i proba ratowania wizerunku macierzystej partii przed wyborami.

Od poczatku stycznia w calej Rumunii trwaja demonstracje wymierzone przeciwko Rzadowi jak i urzedujacemu Prezydentowi - Trajanowi Basescu.

Przepraszam za brak polskich znakow - poprawie wieczorem.

niedziela, 5 lutego 2012

Nieudany przekręt Aliny

Timisoarę zasypuje śnieg. I to nie na raty, nie po trochu, tylko od razu z przytupem - pół metra w ciągu dwudziestu czterech godzin.
Rumuni szczęśliwie nie cierpią na angielską przypadłość, polegającą na ryglowaniu się w domu w przypadku jakiegokolwiek innego niż deszcz opadu atmosferycznego. Życie toczy się w miarę normalnie. W miarę bo służby miejskie nie nadążają z usuwaniem śniegu i ulice są białe. Kierowcy sobie radzą - pozakładali łańcuchy na opony i jeżdżą dalej klekocząc hałaśliwie.
Jedyne co odbiega od standardu to parking przy Iulius Mall - zwykle zapchany pojazdami tak, że nie ma gdzie ostrza noża wetknąć - teraz mimo weekendu pusty.
Dziś temperatura w okolicach zera. Niech no tylko te tony białego puchu zaczną topnieć... Trzeba będzie pożyczyć kajak.
***
Rumuni nie są agresywni. W przeciwieństwie do choćby Polaków. Nie zdarzyło mi się, żeby ktokolwiek próbował nawiązać ze mną znajomość w sposób typowy dla mieszkańca polskiego blokowiska - rumuńskim odpowiednikiem starosłowiańskiego: "co się kurwa patrzysz?!".
Timisoara nocą wydaje się zresztą bezpieczniejsza niż większość polskich miast. Co interesujące, policji w ogóle nie widać.
Wczorajszej nocy dowiaduję się gdzie gliny się podziewają gdy ich nie ma.
Otóż Poliţia Locala eskortuje urzędników zajmujących się sprawdzaniem dokumentacji, licencji i innych papierów w klubach i dyskotekach.
Robią to o porze dość nietypowej. Do "El Che", gdzie ucinam sobie pogawędkę z Andreiem, będącym z wykształcenia inżynierem instalacji, a pracującym tam jako manager (i mającym wyjątkowo interesujący zakres obowiązków - o czym kiedy indziej) wchodzą o wpół do trzeciej rano. Trzech chłopa, wyrośniętych, jakby od kołyski karmieni byli odżywkami proteinowymi, w workowatych battle dressach. Towarzyszy im wymoczkowaty osobnik w czarnym płaszczu. Robi się dziwnie, bo ani nie pokazuje legitymacji, ani nie podaje nazwiska, tylko zdejmuje z korkowej tablicy papiery, ogląda je, przesłuchuje barmana i zostawia Invitaţie - zaproszenie do odwiedzenia odpowiedniego urzędu w celu wyspowiadania się z popełnionych i domniemanych grzechów.
Andrei podejrzewa, że przysłała ich konkurencja. Jeśli tak - to odniosła sukces, bo nieliczni goście czmychają ukradkiem i po wizycie władzy - impreza się kończy.
***
Dowcipy rumuńskie na których Corina tłumaczy mi zawiłości języka rumuńskiego są bardzo podobne do polskich. Poczucie humoru w tej części Europy jest jak widać uniwersalne:

Jedna dziewczyna opowiada drugiej:
- W niedzielę byłam na basenie. Wyobraź sobie, wszyscy się na mnie gapili ze względu na to jak nosiłam kostium kąpielowy...
- Tak? A jak go nosiłaś?
- W ręce...

Przy tym kawale jestem zresztą z siebie dumny bo wypatruję na wydruku BŁĄD ortograficzny, który Corina przeoczyła. W środku wyrazu "mână" znajduję literę î...
- You are a very good student - chwali mnie.
***
Alina ma dziewiętnaście lat, długie nogi, zgrabną kibić, jeszcze zgrabniejszą pupę, włosy pokręcone jak uzwojenie silnika elektrycznego i piękną twarz. A poza tym jest czarownicą.
Czaruje gości baru - restauracji "Pret - a - manger" w Kompleksie Studenckim, do którego wpadam czasami na herbatę, albo obiad.
Przyznaję bez bicia - Alina jest ozdobą lokalu, ale w chwili gdy odprawiając swoje abrakadabra komplementując mój rumuński i uśmiechając się słodko - bezwzględnie nabija mnie w butelkę na jakieś pięć lei - jakoś tracę do niej sympatię.
Zbajerowany pięknymi oczami i głębokim dekoltem, cały w skowronkach orientuję się w drodze do domu, że zapłaciłem 12,70 RON (plus napiwek!) za dwie herbaty. I to w miejscu gdzie obiad kosztuje nędzne 8,60.
Rumuni mają na kogoś takiego jak ja określenie, którego tłumaczyć nie trzeba: fraier. A Alina m-a fraierit .
Klocki w głowie wskakują na swoje miejsca, gdy już w zasadzie jestem w domu: dziewczyna nie podała mi rachunku do ręki, tylko trzymając go złożony w pół pokazała mi palcem całkowitą kwotę. Pięć lei niby niedużo, ale frajerem (choćby i przez krótkie "i") nikt być nie lubi. Wsiadam więc w auto, wracam do kompleksu i zamawiam dokładnie to samo co poprzednio: Ceai de fructe și ceai negru nota imediat!
Rachunek opiewa tym razem na 10,80 - co zresztą i tak przekracza kwotę z jadłospisu. Pytam więc Aliny, skąd u cholery poprzednim razem 12,70. Dziewczyna tłumaczy:
- Two teas and two honeys...
- Sorry honey, I didn't get any honey last time...
- Oh I'm so much sorry I forgot about it...
I znowu się cholera daję poczarować długim rzęsom. Przyjmuję wyjaśnienie i jeszcze przepraszam dziewczynę, że posądziłem ją o oszustwo. Osiągam tym samym poziom frajera do kwadratu. I gdy tak z zupełnie zbędnego, jak się ma okazać, wstydu palę raka - moją uwagę przykuwa drugi rachunek.
- Alina, please come here - imię już znam, bo wydrukowane na rachunku - co oznacza pozycja 3 x miere?
- To miód...
- No dobrze, ale czemu trzy, skoro przyniosłaś mi dwa?
Odpowiedź dziewczyny brzmi:
- Fuck - i pewnie by i wystarczyło, ale dziewczyna zaczyna tłumaczyś się w conajmniej dziwny sposób -  Ale to nic... To tylko jeden leu... To jest nic, no bo co można kupić za jeden leu? Chleb? Nawet nie.
- W zasadzie to pół chleba... - odpowiadam - Wiesz co jestem bardzo zawiedziony: piszę o Waszym kraju i wygląda na to, że będziesz pierwszym czarnym charakterem.
- Oooo jesteś pisarzem - Brązowe oczy się otwierają i patrzą na mnie ze szczerym podziwem. To już nie abrakadabra. To już hokus pokus wysokich lotów i zarazem najprostszy trick jakim można zmanipulować mężczyznę - okazać mu podziw. Oczywiście łapię się na haczyk i tłumaczenia, że to ze zmęczenia, tak ten jak i poprzedni rachunek - Mam dziewiętnaście lat, pracuję tu od 8 rano do 3 w nocy... To o tym powinieneś napisać. Za marne 700 lei... A na tamtym musiałam niechcący nabić jedną herbatę więcej.
Skołowany do szczętu daję jej mój numer telefonu, a ona mi swój. Mamy się umówić za kilka dni i ma poopowiadać mi o swojej pracy i życiu - żebym miał o czym na blogu pisać.
Kończę nadliczbową herbatę, patrzę na numer telefonu i myślę, że gdybym dostał go dwie godziny wcześniej pewnie skakałbym z radości. I nagle dociera do mnie wszystko co napisałem powyżej - jak bardzo żałośnie się w gruncie rzeczy zachowuję, zamiast wezwać policję, kierownika lokalu, czy po prostu zwymyślać pannę, jeszcze się z nią umawiam. To już nawet nie frajerstwo do kwadratu. Wykładnik zmienia się z dwójki na trójkę - staję się frajerem do sześcianu.
Na chusteczce piszę: sometimes good reputation is more worth than just a few RON. I wraz z otrzymanym numerem telefonu zostawiam na stoliku.
Jadę do domu ożłopany trzema wypitymi herbatami.
Ale w "Pret - a - manger" moja noga na pewno już nie postanie. Suta la suta.

ABSTRACT:
Part one is about snow that covered Timisoara within 24 hrs with a layer of approx. 0,5 m and how are people dealing with it.
Part two: about weird way of making inspections in clubs in Timisoara, Police coming in at 2:30 AM on Sunday
Part three: How I found an spelling error in one of the jokes - plus translation of it.
Part four: How I've been scamed in one of the restaurants in Complexul Studencesc by the most innocent (judging by appearance) waitress, and how I made complete idiot of myself whlist trying to give her a lesson. Which actually proves that male's brain migrates from time to time below the belt.

sobota, 28 stycznia 2012

Vorbesc în limba română

Zaczynam  się uczyć rumuńskiego. I "wiśta - wio łatwo powiedzieć" - chciałoby się dodać na tym samym wydechu.


Przez meandry gramatyczno - leksykalne języka, który ma podobno być najmniej zanieczyszczoną łaciną z nowożytnych języków romańskich prowadzi studenta Corina. Rocznik 1986, zaobrączkowana, a z wykształcenia nauczyciel francuskiego. Często purpurowieje aż po końcówki smolistoczarnych włosów, szczególnie gdy student próbuje wypowiedzieć jakieś słowo - w założeniu niewinne - które na skutek subtelnych różnic w ułożeniu języka, podniebienia miękkiego, tchawicy, warg i zębów zmienia się podstępnie w jakieś inne. Czasem zabawne, czasem nieprzyzwoite, a kiedy indziej plugawe.

Takie, dajmy na to, neutralne znaczeniowo lămâie (lamyje - cytryna) wypowiedziane błędnie, dryfuje niebezpiecznie w kierunku "(la) muie" (la muje), którego neutralnym nazwać - niepodobna. Jest bowiem dość wulgarnym określeniem pewnej łóżkowej zabawy dorosłych - fellatio.  Corina, na krawędzi paniki i załamania nerwowego, z pulsującą krwią twarzą, wyjaśnia te niby drobne, a wcale znaczące szczególiki. I zrazu jasny staje się dziwny grymas kelnerki z sushi baru gdzie kilka dni wcześniej zamówiło się wodę z lamuie.


Rumuni sami nie do końca jeszcze ogarnęli zawiłości swojej pisowni. Nie dziwi to zresztą, jeśli zważyć, że reformy języka dokonywały się w tym kraju średnio raz na trzydzieści lat. Z artykułu na Wiki, wynika że ostatnia z nich, zamiast życie Rumunów uprościć - tylko je skomplikowała. Na jej mocy, w 1993 roku Akademia Rumuńska ekshumowała i reanimowała pogrzebaną czterdzieści lat wcześniej literkę Â, która służy zresztą do zapisu tego samego dźwięku co Î. Różnica polega na tym, że pierwszej używa się wewnątrz wyrazów, a drugiej wyłącznie na początku i końcu. Może się to wydawać mało znaczącym epizodem, więc żeby nie było zbyt różowo, okazuje się, że Mołdawianie zza rzeki Prut (posługujący się rumuńskim), reformy do wiadomości po prostu nie przyjęli i piszą po staremu. A że ich, podobnie jak ludzi, którzy zakończyli edukację przed 1993 jest w Rumunii sporo - trafiają się wyrazy pisane tak i tak. Początkujący w nauce rumuńskiego Polonez nawet czytając druk ma niejednokrotnie twardy orzech do zgryzienia. Takie îngheţată (lody) - będące creme - de - la creme rumuńskiego systemu zapisywania dźwięków (pojawia się w nim prawie każda sprawiająca kłopoty litera) niech zostanie wydrukowane bez podpowiadających "daszków, ptaszków i ogonków" i katastrofa komunikacyjna gotowa. A dzieje się tak często gdyż jak u Mołdawian w 1993 "Â", tak u Rumunów w komputeropisaniu umieszczanie znaków diakrytycznych jakoś się nie upowszechniło (pewnie za sprawą kompletnie nielogicznego układu klawiatury).


Najzdradliwszą literką jest "ă". O ile "î", "â", "ţ", "ș", - Polakowi nie sprawią problemu bo czyta się je odpowiednio: "y" (nieistniejące zresztą w ichnim alfabecie, a przechodzące czasem w "i", dla dwóch pierwszych liter), "c" (c po rumuńsku czyta się jak nasze "cz") oraz "sz".  "ă" jest samogłoską wstrętną i dla wszystkich obcokrajowców infernal - w pełnej rozciągłości znaczenia tego słowa. Dźwięk opisywany przez nią słyszy się każdorazowo inaczej - raz jako "a", kiedy indziej jako "y" albo "e" przechodzące w "y". W wykonaniu Rumunów brzmi to jak odgłos wydany przez kogoś walniętego z całej siły w splot słoneczny. Dobywają go, jak podejrzewa student, prosto z pęcherzyków płucnych - bo samą tchawicą wytworzyć się go chyba nie da.

Corina, profesjonalna w każdym calu nauczycielka - ma plan. Plan wtłoczenia do pustego polskiego łba całego jej języka. Systematyczny, uporządkowany, gdzie kamienie milowe w podręczniku, znaczą żółte karteczki (tradycyjnie, po rumuńsku, nazywane: post it). Nigdy się to nie udaje. Student - osioł uparty - woli uczyć się po swojemu. Gdy mu się co przypomni - domaga się wyjaśnień i notuje użyteczne zwroty, wkuwa na pamięć, ale co je warunkuje - już nie wnika.

Student ma też tendencję do zapamiętywania ciekawostek. Dowiaduje się, że Mołdawianie (z obydwu brzegów Pruta) jedzą najzdrowszą żywność w Rumunii. Bez żadnych "E". W ich wykonaniu pâine, carne, lapte (chleb, mięso, mleko) to: pâini, carni, lapti. Zapamiętuje więc, że Mołdawianie zmiękczają wypowiadane słowa i gdy słyszy w pracy koleżankę, która mówi doń bună dimineaţa z charakterystycznym miękkim zaśpiewem, bezczelnie stwierdza:
- Mówisz, jakbyś była z Mołdawii! - biedne dziewczę spuszcza oczy i zawstydzone (bo bycie z Mołdawii nie jest w Rumunii, żadnym komplementem) odpowiada:
- Wiem... W Bukareszcie wszyscy się mnie o to pytali. - zupełnie zapominając, że człowiek przed którym się właśnie usprawiedliwia z wymowy ojczystego języka poza owym "dzień dobry" niewiele więcej potrafi powiedzieć.


Bardzo zabawny instruktaż, jak nauczyć się rumuńskiego można znaleźć tutaj.

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Rumunia się wkurza

Na Piata Victoriei, przy Opera Romana, drugi dzień z rzędu zbierają się ludzie i krzyczą: Jos Basescu!
Bardziej symbolicznego miejsca dla obywatelskiego sprzeciwu w Rumunii - nie ma. Słowo decembrie i data 1989 przewijają się w niemal każdym wystąpieniu demonstrantów.
To właśnie w tym miejscu, 23 lata temu, również zimą, wiecowało sto tysięcy ludzi i jak dziś, tak wtedy, krzyczeli Jos - tyle, że Ceaucescu.
Najaktywniejsi, może sześciesięcioletni panowie, w których domyślam się byłych Rewolucjonistów wołają w pustawą przestrzeń placu, że cały kraj patrzy na Timisoarę, że gdy Timisoara się ruszy - ruszy się cała Rumunia. A wtedy do historii przejdzie rząd Emila Boca i eks marynarz, a obecny prezydent - Trajan Basescu - pożegna się ze stanowiskiem.
Być może to i prawda. Bo na razie na poważnie rusza się Bukareszt i tylko Bukareszt. Reszty kraju jakoś za sobą nie ciągnie choć w stolicy demonstrowało wczoraj 8600 osób, choć był gaz łzawiący, kamienie, trzydziestu trzech rannych demonstrantów, poniszczone samochody, wybite szyby, zdemolowane bankomaty, pobici policjanci. Gdzie indziej - dzieje się, ale jakby mniej. Może kraj rzeczywiście czeka na Timisoarę? A może nie czuje, żeby sprawa była aż tak istotna?
Od jakiegoś pół roku prezydent Basescu z premierem Boc'iem walczą dzielnie z kryzysem. Walczą, stosując jedyną znaną współczesnym politykom metodę: windując daniny i tnąc wszystkie możliwe wydatki. Dla przykładu: wynagrodzenia budżetówki ścinają o jedną czwartą. Rumuni na ostre oszczędności - mają po prostu alergię. Pamiętają bowiem traumę lat osiemdziesiątych: głód, zimno i bezwzględne wyciskanie z gospodarki każdej ostatniej bani by spłacić zagraniczne długi. W społeczeństwie, które oszczędzać nie lubi - od kilku miesięcy wrze, a poparcie dla Prezydenta spada.
Gdy rezygnuje podsekretarz stanu w Ministerstwie Zdrowia - dr Raed Arafat (z pochodzenia Palestyńczyk) - ludzie dostają furii. Dr Arafat, jak podają rumuńskie media, stał się niezmiernie popularny, gdy  w 1990 roku stworzył, a później rozwinął i kierował SMURD-em (czymś będącym połączeniem Straży Pożarnej z Pogotowiem Ratunkowym - taki ER) najpierw w Tirgu Mures, a następnie - całym kraju. SMURD i jego twórca, cieszą się w kraju ogromnym szacunkiem. Organizacja jest uważana powszechnie za najbardziej godną zaufania, spośród służb państwowych.
I tak Arafat, na wieść o tym, że Basescu ma w planach podzielenie i  sprywatyzowanie (czy w zasadzie przerzucenie finansowania na samorządy) jego formacji - udziela publicznie dość nerwowej wypowiedzi, na którą Prezydent, reaguje jeszcze bardziej emocjonalnie, zarzucając doktorowi wywoływanie "publicznej histerii". Doktor unosi się honorem, rezygnuje, a ludzie wściekli na Prezydenta wychodzą na ulice i place: Bukaresztu, Suczawy, Cluj, Braszowa i Timisoary.
Timisoara póki co jest wstrzemięźliwa. Wczoraj wprawdzie na moment zablokowano linię tramwajową, ale dziś pod Operą stoi może dwieście osób - więcej chyba dziennikarzy, turystów i gapiów niż demonstrantów.  Przemawiają różne, czasem dość malownicze osoby. Jeśli im wierzyć: nie należy dawać zwieść się pozorom. W Rumunach drzemie rewolucja. Jeden z nich mówi mi dziś: "Jeśli to potrwa jeszcze trzy dni - może być różnie."

sobota, 7 stycznia 2012

Timbru fiscal extrajudiciar i inne

La multi Ani 2012
Urząd do spraw imigrantów dla okręgu Timis mieści się w Timisoarze na ulicy Andrei Mocioni, kilkadziesiąt metrów od łagodnie zakręcającej w tym miejscu na południowy zachód Begi. W połowie drogi między Podul Decebal a Podul Dacilor. Kilkupiętrowy budynek podzielony jest nierówno między Komendę Policji a Oficiul Roman pentru Imigrari. W słoneczne, październikowe i stosunkowo wczesne popołudnie zbliżam się do niego pełen najgorszych przeczuć.
Najgorszych, bo kolejka  zaczyna się już na chodniku. Pnie się, wije i rozlewa jak pobliska rzeka, po siedmiu schodkach w górę, niknie w wąwozie ponurego malowanego na najwstrętniejszy z odcieni miętowej, odrapanej zieleni korytarzyka i znajduje ujście przy plastikowym oknie za którym siedzi Urzędnik. Jeden. Zajmuję  pokornie miejsce w imigranckiej ciżbie i usiłuję dojść przyczyny dla której pół świata postanowiło nagle migrować do Rumunii. W tłumie przeważają wprawdzie Serbowie co dość łatwo rozpoznać po mowie, nie brakuje Mołdawian, ale ukradkiem zerkając na dokumenty kurczowo dzierżone w garściach identyfikuję też Nigeryjczyków, Hindusów, Niemca i Marokańczyka głośno gadającego po francusku przez komórkę.
Kolejka porusza się w ślimaczym tempie, szczególnie, że każdy ze stojących przede mną, zdaje się trzymać miejsce dla trzech innych osób, które materializują się zwyczajnie znikąd. Godzinę zajmuje mi dotarcie do drzwi. Drugą - do okienka.
Urzędnik - co oczywiste przecież w  instytucji zajmującej się obsługą obcokrajowców- zna tylko rumuński. Ktoś litościwie  tłumaczy mi, że teczka z dokumentami jest OK, ale zapłacić jeszcze muszę taxa i przynieść umowę o pracę - po rumuńsku. Zaświadczenie o zarobkach wystawione mi przez payroll w Bukareszcie - nie wystarcza.
Mijają dwa miesiące i w połowie grudnia straszę mojego pracodawcę, że zostanę aresztowany za nielegalny pobyt w Rumunii, jeśli w końcu nie dostanę kontraktu, który rumuńskie władze będą skłonne zaakceptować. Umowa się odnajduje i robię drugie podejście do rejestracji. Sprawdzam teczkę i przypominam sobie o nieszczęsnym taxa, którego w dalszym ciągu nie uiściłem. Szukam na www Ministerul Administratiei si Interior i dowiaduję się z niej, że zapłacić mam taxa extrajudiciar de timbru. Do kupienia na każdej poczcie. Brzmi wprawdzie łatwo i  być może rzeczywiście jest na każdej z poczt, tylko że czterdziestoparoletnia pracownica Posta Romana, najpierw opieprza mnie, mówiąc że w Rumunii to się mówi po rumuńsku, a nie po angielsku, a następnie stwierdza, że nigdy w życiu o czymś takim, jak taxa extrajudiciar nie słyszała. Owszem ma taxę ale judiciate. Myślę sobie - wszystko jedno, w końcu to tylko jedno extra. Płacę dwie leje i wychodzę z papierkiem, który w niczym nie odpowiada mojemu wyobrażeniu o timbru (znaczek), ale jest zaopatrzony w moje imię, nazwisko, numer dowodu osobistego i informację, że wpłaciłem 2 leje na dobro jakiejś tajemniczej instytucji. Trafiam ponownie na Strada Mocioni i tym razem czekam tylko pół godziny. Nie z powodu kolejki, bo nie ma absolutnie nikogo - w tej liczbie Urzędnika, który gdy w końcu się pojawia, wygląda na bardzo zdziwionego, że ktokolwiek w ogóle nań czeka. Niedźwiedziowate chłopisko przegląda moje kwity, kiwa głową i mruczy pod nosem, że wszystko bine, bine, foarte bine i na koniec pyta:
- Taxa?
Pokazuję mu chitanta, które dostałem na poczcie. Wpatruje się weń podejrzliwie, kiwa z dezaprobatą głową, nosem kręci, wlepia we mnie oczy i mówi coś co brzmi mniej więcej tak:
- Esta taxa judiciate!.. Timbru fiscal doi lei!? - i pokazuje mi jakieś małe beżowe znaczki, których spory plik leży na jego biurku. Wyjmuję więc portfel i bełkoczę:
- As dori cumprar aici... - co jak mi się wydaje powinno oznaczać, że chcę kupić tutaj (jak do tej pory nie udało mi się odbyć ani jednej lekcji rumuńskiego).
- Nu aici! A la posta! - odchodzę rozbity, bo przecież wiem, że na poczcie tego nie sprzedają, ale jak to wytłumaczyć chłopu, który nie mówi po angielsku i zdążył mi już trzasnąć okienkiem w nos? Z braku alternatywy wlokę się ponownie na Bulevardul Revolutiei 1989, do gigantycznego, a ponurego neoklasycystycznego chyba gmaszyska poczty. Zdecydowany w razie potrzeby rozpocząć strajk okupacyjny, albo wojnę polsko - rumuńską, cokolwiek. Byleby wejść w posiadanie cholernych znaczków.
Próbuję inaczej - zamiast wieszać w flagi Solidarności na oknach w pierwszym rzędzie, a pytać o taxę extrajudiciar w drugim. Skoro jest ona najwyraźniej owiana tajemnicą dla wszystkich 22 milionów Rumunów niezatrudnionych w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych... Mówię po prostu:
Dokument nadający autorowi rumuński Pesel
- Timbru fiscal, doi lei va rog. - i jak za pociągnięciem czarodziejskiej różdżki wchodzę w posiadanie upragnionych beżowych kawałków papieru. Trzy dni później odbieram kartkę papieru, która zaświadcza, że Bartosz Sowislo din Polonia ma prawo do pobytu na terenie Rumunii do grudnia 2016 roku. Nadaje się mu również CNP (PESEL), którym posługiwać się ma w kontaktach z instytucjami na terenie Rumunii, co urzędowo stwierdza okrągła pieczęć i nieczytelny podpis Szefa Urzędu ds. Imigrantów Okręgu Timis.

***
Zawodowo jestem zmuszony do współpracy z administracją Lotniska "Traian Vuia" w Ghirodzie - tuż obok Timisoary. Administracja ma wspaniały system przyjmowania urzędowych dokumentów. W Biurze Podawczym siedzi Calin wraz z kumplem, mają kserokopiarkę, pieczątki i księgę podawczą o rozmiarach i masie trzech płyt chodnikowych. Przyniesiony wniosek o przedłużenie ważności kart parkingowych jest pieczołowicie opatrywany numerem, rejestrowany, okraszany  datą i podpisem. Interesant dostaje kserokopię, uścisk dłoni i uśmiech  na pożegnanie. Co potem dzieje się z papierem nie wiem, ale wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że wniosek ląduje chyba od razu w niszczarce do dokumentów, śmietniku, albo czarnej dziurze. Ani razu nie otrzymuję ani pisemnej, ani ustnej, ani w ogóle żadnej odpowiedzi.
Miesiąc w miesiąc, gdy mnie i moim pracownikom grozi, że kolejnego dnia nie dostaniemy się do pracy - urządzam najazd na biuro Dyrektora Administracyjnego. Łysy, krępy i wyglądający dość brutalnie dyrektor o imieniu Aurelian robi zaaferowaną minę i pyta czy to pilne. Gdy potwierdzam, bierze ode mnie kopię i osobiście gna do informatyków, którzy w dziesięć sekund załatwiają sprawę. I tak regularnie 9 dnia każdego miesiąca. Pytam kiedyś jednego z pracowników lotniska o co w tym wszystkim chodzi i czy po prostu nie dałoby się tej sprawy załatwiać normalnie słyszę w odpowiedzi: This is Romania.
***
Mici - w postaci nieprzetworzonej
Rumuńska kuchnia nie różni się jakoś drastycznie od polskiej. Są kiszone ogórki i kapusta (castraveti si varza murat), w meniu często pojawiają się cartofi w postaci swojsko brzmiącego piure i w nieco mniej zrozumiałej formie cartofi prajite które są niczym innym jak frytkami. Rumuni bardzo lubią mięso, szczególnie chętnie wsuwają ceafa de porc (karczek) oraz piept de pui (pierś z kurczaka). Nie gardzą też tradycyjnymi w ich kuchni micisarmale . Te drugie,  do złudzenia przypominające nasze gołąbki.
Absolutną podstawą wyżywienia jest ciorba - w zasadzie zupa, choć Rumuni czynią między nimi różnicę. Supa jak się dowiaduję jest "czysta" - jak na przykład rosół, Ciorba jest za to zawiesista, zabielona bogato smantaną i pełna kawałków mięsa, warzyw i ziemniaków (razem lub osobno w zależności od wersji). Porządnie przyprawiona, zagryziona paine (chlebem) - spokojnie robi za cały posiłek. Bardzo dobrą można zjeść w restauracji Timisoarana
...i w po obróbce termicznej. W towarzystwie:
ciuperci(pieczarek) cartofi,
ridichi negre (rzepy) i ceapa galba (cebula)
Ubytek objętości dowodzi, że w Rumunii, jak wszędzie
w przemyśle mięsnym: in aqua profitas.
Na deser prajitura - ciasta.
Mało natomiast jada się ryb, a stoiska nabiałowe w nawet najbardziej nabitym ludźmi supermarkecie świecą takimi pustkami, że strach głośno mówić, ze względu na rozchodzące się echo. Nic zresztą dziwnego: średnia rumuńska pensja jest o 1300 złotych niższa od średniej polskiej (brutto), a cascaval (ser) jest nawet 100% droższy niż w Polsce. Próbuję dojść do przyczyny tego stanu rzeczy, ale nikt nie potrafi udzielić mi odpowiedzi sensowniejszej niż: "drogo bo drogo". Osobiście podejrzewam politykę rolną UE, ale dowodów brak. Ze świąt w Polsce przywożę więc ze sobą trzy kilo żółtego sera, trzydzieści litrów soków (w Timisoarze litr soku jabłkowego kosztuje 7,5 złotego!) i pełno camembertów, a także brie, które kocham miłością odwzajemnioną, a które w Rumunii kosztują około 10 złotych w wersji najtańszej.
Rumuni, jeśli nie podróżują za granicę nawet nie zdają sobie sprawy z panującej u nich drożyzny, ci natomiast, którzy na oczy przejrzeli jeżdżą raz w miesiącu na zakupy do węgierskiego Szeged, gdzie jak twierdzą: i taniej, i lepiej.
Rumuńskie marki spożywcze
Rumuńskich marek spożywczych w sklepach jak na lekarstwo, albo nie wiem gdzie ich szukać. Dowiaduję się, że w latach '80 (kiedy jedzenia w sklepach w zasadzie nie było, bo Ceacescu sprzedawał wszystko zagranicę by spłacić długi) podstawę wyżywienia porannego stanowiła Sana (chyba maślanka), a ze słodyczy dostępny był ROM - czekoladowy batonik o nadzieniu nieco przypominającym to z naszych Pawełków, a cieszący się opinią kultowego - jak nasze Prince Polo.
Nie wiem, czy  Salam de Biscuiti  ma jakieś historyczne, tradycyjne, popkulturowe, czy kultowe znaczenie, ale że w supermarketach tego pełno, a i w Hotelu Timisoara stanowi podstawę śniadaniowego wyżywienia - wciągam go na listę moich rumuńskich marek. Jest niczym innym jak naszym "kartofelkiem" - tylko większym, pokrojonym w plastry i nasączonym rumowym olejkiem tak, że ciężko go przełknąć.
Z produktów luksusowych - wyroby cukiernicze Heidi - rewelacja.
***
Sylwestra, ze względu na zapalenie spojówek spędzam w swoim mieszkaniu w Timisoarze. Wychodzę jednak w samą północ i dobrze, że biorę aparat, bo pokaz ogni sztucznych i nieprzeliczony tłum na Piata Operei zapierają rozmachem dech w piersiach. Choć rumuński brak zdrowego rozsądku przy puszczaniu fajerwerków, jeśli nie przewyższa, to bez wątpienia dorównuje polskiemu.

A że w Rumunii jeszcze 7 stycznia wszędzie to słyszę, powtarzam:
La Multi Ani 2012!

niedziela, 18 grudnia 2011

Rewolucyjne świętowanie

Jeśli miałbym powiedzieć coś stuprocentowo pewnego o Rumunach po niespełna trzech miesiącach pobytu w Timisoarze powiedziałbym, że mają totalnego hopla na punkcie dwóch rzeczy: urodzin i świąt.
Historia, zaczyna się prawdopodobnie tak:
Staje się, że w środku przedświątecznej zakupowej gorączki, odliczania ile to jeszcze nocy zostało do Wigilii Bożego Narodzenia (którą, mimo iż kraj prawosławny obchodzi się normalnie, 24 grudnia według gregoriańskiego kalendarza) trafiam na rumuńskie urodziny. Urodziny składają się z before'u  i imprezy zasadniczej. After'u chyba nie ma - wszyscy rozchodzą się do domów koło piątej rano.
Kumulacja przedświątecznego radowania się i celebrowania kolejnego przeżytego przez solenizantkę roku odbywa się w klubie nazwantym dość przewrotnie: D'arc. Przewrotnie, bo jak łatwo się domyślić, dyskoteka ma niewiele wspólnego z francuską świętą dziewicą (bardziej prawdopodobne, że nawiązane tam znajomości doprowadziły do bliżej nieokreślonej liczby defloracji) D'arc nazywa się, jak się nazywa, bo w środku ciemno choć oko wykol i właściciel zabawił się całkiem intelignetną, dwujęzyczną grą słów. Ciemno i głośno: muzyka dudni tak, że następnego dnia po przebudzeniu dzwoni w uszach jak Zygmunt na śmierć papieża.
Ziemia ma powierzchnię 510 milionów kilometrów kwadratowych. Lądy stanowią niecałe trzydzieści procent tej liczby, czyli jakieś 150 milionów. Ludzi jest na świecie ponad sześć miliardów. Diabli wiedzą czemu, znaczący odsetek z tej liczby postanowił stłoczyć się na 300 metrach kwadratowych D'arc. Nabite, że krew byłaby na szybach, gdyby klub miał choć jedno okno.
Co gorsza: Rumuni w trakcie imprezy koniecznie chcą pogadać i uparcie przekrzykują 120 dB nowszych i starszych hiciorów - najczęściej drą się prosto w ucho, co skutkuje nieznośnym swędzeniem błony bębenkowej, a młoteczek i kowadełko, ewoluują ze zdrobniałych form w pełnowymiarowe wyposażenie warsztatu kowalskiego.
Imprezy w Rumunii mają jeszcze jeden mankament: pozostawiają koszmarnego w skutkach kaca. Powodów jest kilka, wymienię trzy: alkohol w porównaniu z Polską, czy Europą Zachodnią - tani. Piwo kosztuje około pięciu lei, shoty różnych alkoholi mniej więcej tyle samo, drinki zaś około dychy. Żeby było jeszcze ciekawiej, średnio raz na godzinę przez klub przewijają się hostessy na obacasach dłuższych niż spódniczki, które noszą i częstują rozmaitymi alkoholami: a to tequilą, a to jeagermaistrem, a to jakimś różowym czymś w małych kieliszkach z ocukrzoną krawędzią (stylizowane na świętego Mikołaja chyba) ponadto, jak się człowiek spodoba barmanowi dostaje co chwilę kieliszek darmowego trunku. W klubach się pali, a wentylacji praktycznie (i teoretycznie) brak, nadymione, że gdyby nie fakt, iż ciemno widoczność spadłaby do mniej niż metra. Mikstura promocyjnych alkoholi, braku tlenu i hałasu powoduje, że syndrom dnia kolejnego jest dramatem w wielu aktach i wielu odsłonach: łepetyna trzeszczy w szwach, żołądek tańczy kankana, a ziemia wiruje ze zmienną prędkością. Serwowanie sobie takiej rozrywki częściej niż raz w miesiącu jest po prostu samobójstwem na raty.
Dziewuch dużo. Ładnych, zgrabnych i zadbanych. I co dla Polaka przyzwyczajonego do tradycyjnego (i zwykle mizernego w skutkach) "polowania na księżniczkę" w dyskotece - bardzo otwartych na nowe znajomości. Nawet za bardzo, co bywa trochę uciążliwe. Czasem dość jest uśmiechnąć się do swoich myśli mając w polu widzenia, którąś z Rumunek, a ta chwilę później już wywrzaskuje coś prosto w zmaltretowane głośną muzyką ucho. Żaden ze mnie macho, ani amant, a już na pewno nie rasowy i nałogowy podrywacz, a pierwszy raz w życiu zdarza mi się powiedzieć kobiecie, że nie życzę sobie jej towarzystwa, nie chcę z nią tańczyć i proszę, żeby mnie nie dotykała, bo czuję się głupio. W odpowiedzi słyszę: "przecież nie jesteś robocopem". I to trzy razy w ciągu jednej nocy.
Ludzie ubrani rozmaicie, co jest zresztą sympatyczną odmianą po powciskanych w koszule typu slim fit karkach z polskich klubów. Na wejściu nie stoi żaden upokoarzający selekcjoner, ochrona - jeśli jest to niewidoczna. Panów w czarnych marynarkach i podkoszulkach, ze słuchawką z zestawu głośnomówiącego w uchu, pozujących na agentów Secret Service - brak. Wchodzi kto chce, nawet Cyganie, choć uczciwie należy zaznaczyć, że po wypiciu określonej ilości alkoholu, gdy porzucają cywilizowaną otoczkę i zaczynają uprzykrzać innym imprezowiczom życie są dość szybko, brutalnie i skutecznie ekspediowani na zewnątrz. W strojach widoczny świąteczny rumuński odpał: mnóstwo ludzi ma na głowach czapki Sfantul Nicolae, czy też Mos craciun, niektóre z dziewcząt czerwone kiecki z białym futerkiem.
Budzę się następnego dnia koło południa. Wegetuję do godziny szesnastej, próbując pozbierać do kupy zdezintegrowany organizm. Wrzucam do plecaka aparat, pod pachę biorę statyw i idę na miasto - odetchnąć świeżym powietrzem i przy okazji zrobić kilka zdjęć ozdobionego świątecznie miasta. Okazuje się, po raz kolejny, że nic w życiu nie dzieje się bez przyczyny. Gdyby nie impreza, gdyby nie kac, pewnie wylegiwałbym się w domu, czytał, albo oglądał jakiś serial. A tu się okazuję, że czeka na mnie mała, ale dająca do myślenia przygoda.
Na ulicy Alba Iulia, gdy rozstawiam sprzęt natrafiam na idący z Piata Victoriei (na który wszyscy tu mówią Operei) marsz. Są pochodnie, są rumuńskie flagi, pieśni (można posłuchać tutaj demonstracja śpiewa tylko refren) i skandowanie libertate, libertate. Uczestników niewielu - jakieś 300 osób. Trochę się boję, ale ryzykuję i robię kilka zdjęć. Statyw którego używam wygląda dość poważnie, więc tak demonstranci, jak i policja biorą mnie pewnie za dziennikarza. Na wprost Opery demonstracja zostawia po sobie krzyż ułożony ze zniczy. Liczę je. Sto czterdzieści.
Sprawdzam datę. 17 grudnia dwadzieścia dwa lata temu, w Timisoarze, zaczęła się rewolucja, która doprowadziła do upadku Nicolae Ceaucescu, jego ekspresowego procesu (można obejrzeć tutaj ) i egzekucji. Rewolucja, która zmiotła dyktatora do śmietnika historii i dała Rumunom tak zwany kapitalizm, zaczęła się dość niewinnie. Komunistyczne władze, w grudniu 1989 postanowiły pozbyć się niewygodnego, młodego wówczas, ewangelickiego pastora Laszlo Tokesza. Szczęśliwie dla niego nie postąpiły jak nasza esbecja z Popiełuszką, ale sama groźba wysiedlenia duchownego podziałała na rumuńskie społeczeństwo zmęcznone dekadą drakońskiego programu oszczędności, jak wstrząs na butelkę z nitrogliceryną. Ludzie wyszli na ulice i walka o pastora przerodziła się w demonstrację antysystemową i po obfitującym w krwawe wydarzenia tygodniu (ponad tysiąc ofiar śmiertelonych i ponad trzy tysiące rannych - dane niepewne) Rumunia weszła w dekadę okresu pośredniego - za sprawą Iona Iliescu , który wybrał się na prezydenta i wszystkie zbrodnie swojego poprzednika zamiótł pod dywan tak skutecznie, że proces lustracyjny i poszukiwanie odpowiedzialnych za masakry dokonywane w trakcie rewolucji ruszyły dopiero piętnaście lat później - ze skutkiem, którego łatwo się domyślić. Rumuńskiej rewolucji zawdzięczam jedno z  najwcześniejszych powiązanych politycznie wspomnień. Niebiesko, żółto, czerwone sztandary, z wyciętym środkiem, są jedną z pierwszych rzeczy jakie pamiętam z telewizji, gdy jako siedmiolatek oglądałem z rodzicami Wiadomości.
Mam w planach napisanie obszernego reportażu o tych zdarzeniach, potrzebuję do tego trzech rzeczy: znajomości rumuńskiego, kontaktów i czasu.
Tymczasem, jako że wyjeżdżam wkrótce na tydzień do Polski, życzę wszystkim, którzy tu zaglądają: Crăciun fericit - Wesołych Świąt - Sarbatori Fericite!

niedziela, 11 grudnia 2011

Co w Rumunii piszczy cz. 2

Pół tygodnia spędzam poza Rumunią. Przez kolejne pół obowiązki nie pozwalają mi opuścić biura o żadnej sensownej godzinie, tak bym mógł zrobić przynajmniej kilka przyzwoitych fotografii do zilustrowania tego, o czym chciałbym napisać.
Na domiar złego Timisoarę od połowy listopada do początku grudnia spowiła paskudna, marznąca mgła absolutnie zniechęcająca do opuszczenia "apartamentu" na dziewiątym piętrze.
Apartament umieszczam w cudzysłowie, bo cóż to za apartament o powierzchni 34 metrów kwadratowych, składający się z tzw. livingu połączonego z kuchnią, łazienki i sypialni, z widokiem na Iulius Mall i dobiegającymi odgłosami ulicy, pociągu i karetek, a od czasu do czasu alarmu wibracyjnego (bądź innego wibrującego urządzenia) położonego na podłodze u sąsiada piętro wyżej.
Niech czytelnik wybaczy, że idę na łatwiznę i podaję tylko kilka wieści z Rumunii za wspominanym już Nine o'clock.

Doradca BNR ogłasza koniec kryzysu

Pan Adrian Vasiliescu doradca Zarządu  Banku Narodowego Rumunii, ogłosił 8 grudnia, że: "cokolwiek się nie stanie w ostatnim kwartale tego roku - Rumunia skończy 2011 z dodatnim wzrostem gospodarczym". Vasiliescu zapowiedział też, że banki powinny zacząć dawać coraz więcej kredytów przedsiębiorcom, aby ci mogli spełniać żądania płacowe pracowników. Czyli jazda po kolejce górskiej cyklu koninkturalnego napędzanego inflacją i ekspansją kredytową, a prowadząca do periodycznych nieprzyjemnych tąpnięć ma się w Rumunii tak samo dobrze jak i na całym świecie. Nawet jeśli Vasiliescu ma rację na ten moment - za trzy lata przyjdzie kolejny "kryzys stulecia".

Minister Finansów tnie wydatki i naraża się na oskarżenia o łamanie Konstytucji

Opozycja protestuje przeciw obniżeniu bez zgody Parlamentu ilości pieniędzy w budżecie na 2012 rok przeznaczonych na działalność obu izb. Zaplanowane wydatki wynosiły: 107 mln lei dla Senatu i 216 mln lei dla Izby Niższej rumuńskiego parlamentu. W projekcie budżetu pojawiło się, odpowiednio: 85 i 198 mln lei. Sprawa wymknęła się nieco spod kontroli, bo w pewnej chwili część deputowanych zagroziła opuszczeniem sali obrad, co spowodowałoby brak kworum niezbędnego do uchwalenia budżetu. Na sali obrad doszło też do pyskówki w trakcie której przewodniczący Komisji Finansów określony został mianem "politycznej dziwki".

Związkowiec w pace

Marius Petcu - były lider  CNSLR Fratia (Confederația Națională a Sindicatelor Libere din România-Frăția - liczącego 800 tys. członków związku zawodowego) został skazany na 7 lat pozbawienia wolności za przyjęcie w sumie około 1,4 mln lei łapówek. Od wyroku będzie się odwoływał do Sądu Najwyższego.
Jak na działacza związkowego przystało Petcu cenił sobie wystawne życie - na kontach zgromadził prawie 60 tys euro i ponad 400 tys lei, jest także właścicielem biżuterii i ikon o wartości 20 tys euro.

Były wice przewodniczący Partii Liberalnej z zarzutami nadużycia stanowiska

Relu Fenechiu, został oskarżony o nadużycie stanowiska w 2006 roku, kiedy firma w której miał udziały sprzedała spółce z udziałem Skarbu Państwa transformatory za kwotę 100 miliardów lei (starych - na nowe 10 mln). Rzeczywista wartość urządzeń wynosiła 20 miliardów (2 miliony).

Pierwszy szpital rehabilitacji ponowotworowej powstanie w 2013 roku

Pierwszy szpital, zajmujący się wyłącznie nowotworami i wychodzeniu z choroby po zabiegach, a także pomocy w powrocie do normalnego funkcjonowania po chorobie  ma powstać w Dolinie Nara w 2013 roku. Prace ruszą w 2012 roku. Przewidziano w nim 42 miejsca.