sobota, 23 maja 2015

Najsmutniejsza zupa świata

Jest na południu Polski miejscowość o nazwie Międzybrodzie Bialskie. Okolica - przepiękna, taka Szwajcaria w miniaturze. Góry, lasy, jeziora, strumienie.

Dwie porcje najsmutniejszej zupy świata. W tle potrzebne składniki
Góry wprawdzie niewysokie i dlatego nazywają się Beskid Mały, jeziora co prawda zaporowe, bo rzeka Soła wylewała, strumienie wredne, bo o różnicach przepływów takich, że latem można wrzucić piwo i butelka nie odpłynie, a wczesną wiosną, niosą sobie radośnie kamyczki o masie własnej dwustu kilogramów jakby to były piórka. Lasy zwierza wszelakiego pełne i miejscowych śpiących pod drzewami po cięższej imprezie. Sielanka pełną gębą. Niedaleko Międzybrodzia, już na samej granicy z Porąbką, jest przysiółek: Żarnówka Mała. Mała, a wielkie się tam dziwy działy. Szczególnie na początku obecnego wieku. Polonez, w najśmielszych marzeniach nie myślał wonczas, że będzie kiedyś Polonezem, a nie po prostu dumnym i bladym studentem Nauk Politycznych.

Było tak, że w dolinie strumienia Żarnówka, dziadek Poloneza postawił kiedyś chatkę. Taką zwykłą sobie letniskową. Dziadek niestety przedwcześnie pożegnał się ze światem, a z chatkę prawem kaduka przejął wnuk, który co ze wstydem dziś przyznaje, miast dbać o jej dobrego ducha, zbierać zioła i kultywować zdrowy tryb życia, zrobił z niej miejsce uciech wszelakich. Ładował się z kilkoma kolegami (a czasami i koleżankami) do Forda Fiesty rocznik 1987, w którym podłoga była przegnita tak, że trzymała się na dywanikach, zatrzymywał przy najbliższej Biedronce, kupował wraz z kompanionami wesołymi ze 140 piw po złotych jeden groszy czterdzieści sztuka i rozpoczynali kilkudniowy wywczas. Z okazji na przykład majowego weekendu.

Dobre to były czasy. Wtedy to wraz z kolegą Michałem przekonali się na przykład, że z kariery estradowej nici, bo wypad do Żywca celem zarobienia kasy na piwo grając na gitarze i przyśpiewując, skończył się sromotną porażką i zarobkiem rzędu 2,60 na godzinę. Przewijało się tam towarzystwo różne, w ilościach od trzech do dwunastu osób - co było wyczynem godnym podziwu, zważywszy, że powierzchnia chatki wynosi jakieś 18 metrów. Dzień zaczynał się od odśpiewania hymnu Związku Radzieckiego. Życie uczuciowo - erotyczne mogło być wprawdzie bardziej urozmaicone, bo mimo, że jakieś sympatyczne dziewczyny się zwykle dawały namówić na wyjazd, to ciężko było wejść w bliższą zażyłość w tym ścisku - ot zwykłe młodzieńcze błędy planowania i brak przewidywania konsekwencji klęski urodzaju. Ale i tak było fajnie.

Podstawę diety stanowiła rzecz jasna kiełbacha z ogniska naprzemiennie z karczkiem z grilla. Czasami jednak pojawiała się Zupa. Ta właśnie z tytułu - najsmutniejsza świata. I to i dosłownie i w przenośni. Dosłownie - bo to zupa cebulowa i jak się cebulę kroi to ryczy się jak bóbr w żałobie, a w przenośni, bo jakoś tak nostalgicznie sobie Polonez teraz myśli, że ekstra wtedy było i że jednak to se ne vrati.

Zupa robiła furorę. Dziwnym trafem złożyło się, że  rodzona matka Poloneza, była jedyną matką w całym towarzystwie, która postanowiła swojego syna nauczyć nie tylko gotować, ale i gotować zupę cebulową właśnie.

Zupa cebulowa to Ryanair i Wizz Air wszystkich zup - ultra low cost. Składniki na czterech nienażartych dwudziestolatków można kupić za jakieś piętnaście złotych. Robi się ją błyskawicznie i nawet absolutna kulinarna noga sobie z tym poradzi. Do tego jest bardzo smaczna i potrafi tak zapchać, że się po prostu leży i stęka. Poza tym trochę nielegalna - bo zgodnie z literą prawa zapisaną w tzw. ustawie antydopalaczowej gałka muszkatołowa jest przecież substancją psychoaktywną - z tego co Polonez czytał, to po zjedzeniu dwóch, trzech całych gałek można się wybrać na kilkudniowego, dość koszmarnego tripa, a potem prosto na transplantację wątroby. Więc ostrożnie.

Składniki (na czterech studentów):

10 - 15 cebul średniej wielkości.
1/2 starego chleba (na grzanki) lub groszek ptysiowy (ale to wersja de lux),
2 łyżeczki gałki muszkatołowej - przetartej
2 -3 łyżki oliwy bądź oleju,
2 kostki rosołowe,
2 łyżki śmietany (opcjonalnie, niekoniecznie)
15 dag starego żółtego sera (nie wiem jakiego konkretnie, ma się ciągnąć po zalaniu wrzątkiem),
szczypta soli,
szczypta pieprzu

Są dwie wersje wykonania:

1. Otwieramy piwo, wypijamy je. Otwieramy drugie, czynimy jak z poprzednim. Otwieramy trzecie czynimy jak z poprzednim. Gdy zgłodniejemy, zaczynamy wrzeszczeć na kumpla, żeby się wziął do roboty. Jak mamy szczęscie to się weźmie, jak nie to wyśle nas do wszystkich diabłów i wtedy musimy spróbować wersji drugiej.

2.
Bierzemy dwa garnki i napełniamy je wodą. Jeden stawiamy na piec i gotujemy. Drugi stawiamy w zasięgu ręki. Obieramy cebule i od razu wrzucamy je do gara z zimną wodą - to taki trick, żeby się nie zapłakać na śmierć w kuchni. Cebulę kroimy na piórka, kostki, czy na co nam tam przyjdzie ochota, ważne żeby w ogóle były pokrojone. Nóż moczymy od czasu do czasu w wodzie, dzięki temu jest szansa,  że przy końcu roboty będziemy mieć wprawdzie mokre ręce ale za to suche oczy. Nim skończymy woda powinna już zawrzeć.
Wylewamy zimną wodę z garnka, przecieramy go ścierką lub podkoszulkiem, lub czymkolwiek co mamy pod ręką, a zbiera wodę. Wlewamy do garnka olej lub oliwę, blanszujemy cebulę (trzeba mieszać!). Wycieranie było po to, żeby olej nie pryskał po całej kuchni. Następnie zalewamy całość gorącą wodą z drugiego garnka, wsypujemy gałkę, sól, pieprz, kostki rosołowe i dajemy się temu przez moment pogotować.
W tym czasie przygotowujemy grzanki - można na oleju można na suchej patelni - ważne, żeby nie spalić.
Bierzemy blender i przecieramy zupę - aczkolwiek nie jest to warunek sine qua non. Dodajemy śmietanę (w zasadzie to: zupę do śmietany, roztwór do zupy - mniej prawdopodbne, że się zwarzy). Trzemy ser na tarce, na drobne wiórka, rozkładamy go na talerze, zalewamy zupą. Grzanki podajemy osobno (żeby się nie zmieniły w nieciekawą breję). Voila mes amis, prete!

Dokładam kawałek, który nam wtedy często - gęsto towarzyszył i jest chyba jedynym, który udało mi się w życiu zaśpiewać i nie sfałszować by wszyscy uciekli.

Dziękuję Ievie za tytuł i inspirację.


wtorek, 19 maja 2015

Jozsefvaros, czyli kiepski dzień Laszla

Laszlo przeżywa właśnie najgorszy dzień w swoim dotychczasowym życiu i co gorsza perspektywy też nie rysują się jakoś specjalnie różowo. Ma 29 lat. Zgodnie z najnowszymi trendami mody męskiej nosi brodę a'la generał Thomas 'Stonewall' Jackson, który postradał życie w 1863 roku, koszulkę na ramiączkach, czapkę bejsbolówkę, kolczyk tunel w lewym uchu i krótkie spodenki. Obrazu dopełniają tatuaże na łydkach i przedramionach, różnorodne esy - floresy i tłumaczone na węgierski wersety z Biblii.

Ulica Illes, Jozsefvaros, Budapest

Mieszkał na parterze kamienicy na rogu Tomo i Illes niedaleko granicy kerulet VIII i IX, czy jak kto woli liczącej ponad 85 tysięcy mieszkańców dzielnicy Jozsefvaros (Miasto Józefa) i powierzchniowo większego, acz mniej ludnego Ferencvaros (Franciszkogród - skąd nazwę bierze najsłynniejszy chyba węgierski klub piłkarski). Laszlo urodził się tam i wychował. I powiedzieć chyba można, że złośliwy genius loci tego miejsca doprowadzić był go musiał tam, gdzie znalazł się teraz. A znalazł się pod wytłuczonym oknem swojego mieszkania, stojąc w skarpetkach na betonowym chodniku, z ramionami wykręconymi do tyłu i opasującymi mu nadgarstki niewygodnymi kajdankami. Pech i chciałoby się aż rzec: bazd meg.

Jozsefvaros nie jest najlepszą z budapesztańskich dzielnic. Mówiąc bardzo oględnie. Tak naprawdę to cieszy się opinią najgorszej. Powstała w 1873, kiedy trzy miasta: Buda, Peszt i Obuda, zdecydowały połączyć się w jedno i przy tej okazji ochrzczono ją imieniem Józefa II. Tego samego, który będąc równocześnie cesarzem i królem wielu krain, był przy okazji austriackim arcyksięciem i zapisał się w polskiej historii jako ten, co to najpierw zawinął nam Spisz i Orawę, a następnie 83 tysiące kilometrów kwadratowych powierzchni Pierwszej Rzeczpospolitej - czyli wziął czynny udział w I Rozbiorze. Jozsefvaros to niecałe siedem kilometrów kwadratowych, odcięte od Dunaju dystryktem V. W zasadzie bez zabytków i rzadko przyciągające turystów. Jak już tu trafiają to  przelotnie, gdy do Budapesztu przyjadą pociągiem i wysiądą na dworcu Keleti, czasami wybiorą się do Węgierskiego Muzeum Narodowego, a już bardzo rzadko pójdą zobaczyć dawną (obecnie chyba reaktywowaną) Akademię Wojskową Ludovika.

Laszlo nie turyści ani historia były teraz w głowie. Stoi i czeka aż dwóch funkcjonariuszy prewencji Rendororszag, wezwie przez krótkofalówkę ekipę dochodzeniowo-śledczą, która wejdzie do jego mieszkania i pewnie bez większego wysiłku znajdzie kilkanaście gram amfetaminy podzielonej na porcje wrzuconych beztrosko do szuflady między skarpetki i bieliznę. Unosi wzrok i patrzy w kierunku ulicy Illes, na nowy budynek mieszkalny przypominający niewielką twierdzę, gdzie na pierwszym piętrze, nad biurami i laboratoriami firmy Medres, opierając się o parapet i paląc papierosa przygląda mu się pewien mężczyzna. Laszlo kojarzy tą twarz. Widział go kilka razy jak wsiadał i wysiadał z Citroena C5 na polskich numerach rejestracyjnych. Raz nawet stał za nim w kolejce w małym sklepie spożywczym mieszczącym się kilkadziesiąt metrów od jego domu. Facet był wtedy z żoną i z ich rozmowy wywnioskował, że para jest mieszana: litewsko - polska. Lengyelek és litvánok Budapesten.

Fakt, że turyści się po Jozsefvaros nie kręcą nie znaczy, że dzielnica jest jaką węgierską monokulturą jaką mogłaby się wydawać. Wręcz przeciwnie, choć Węgrzy przeważają, to spory odsetek ludności stanowią mniejszości narodowe i etniczne. Co prawda, Polacy i Litwini występują w ilościach śladowych, ale za to Jozsefvaros upodobali sobie Cyganie i Chińczycy. Do tego, czasowo pomieszkują tu rumuńscy kierowcy busików kursujących zilnicsăptămânal do Erdely, (czyli Siedmiogrodu, czyli Siebenburga, czyli Ardealu, czyli po prostu do Transylwanii), którzy zostawiają swoje maszyny na parkingach zorganizowanych w miejscach, gdzie kiedyś stał dom, a potem bomba spadła - i jakoś przestrzeń trzeba było zorganizować. Bomby nie tylko zresztą spadały na Jozsefvaros z samolotów czy strzelane z armat. Czasami umieszczane były po prostu w koszach na śmieci. W 1995 roku, jakieś czterysta metrów od miejsca gdzie w skarpetach stoi Laszlo, na ulicy Prater numer 73, pod prowadzonym przez palestyńskiego uchodźcę kantorem, ktoś zdetonował ładunek tak silny, że w całej okolicy poleciały szyby z okien. Kolorowo - wielokulturowo.

Szyba wytłuczona w oknie mieszkania Laszlo była sprawą świeżą. Od niej się zresztą zaczął jego kiepski dzień. Wracał z imprezy, było późno, na ekranie telefonu miał 18 nieodebranych połączeń. Jedenaście od klientów, których po prostu nie usłyszał, bo muzyka była głośna, a pozostałych siedem od Csaby, hurtownika, który dostarczał mu do rozprowadzenia towar. Szedł zamyślony wzdłuż Koris ut., przeciął cieszącą się złą sławą Dioszeghy Samuel utca, gdzie policja, by kontrolować całe mieszkające tam towarzystwo ustawiła kontener z kilkoma kamerami na trzymetrowym maszcie. Minął nędzny budynek Kościoła Reformowanego i po dwóch minutach, skręcił w lewo, w Illes, by potem przy Autosbolt wejść na Tomo ut.

Rozmyślał, jak tu wytłumaczyć Csabie, że interes - nie chce iść. Argumentów miał niby kilka. Miejsce do prowadzenia biznesu wybrał przecież bezbłędnie: popyt w dzielnicy powinien, cholera, być. Wokół pełno życiowych rozbitków: inwalidów, bezrobotnych, cygańskich małolatów, tanich prostytutek i różnej maści świrów, których chyba przyciągał pobliski szpital psychiatryczny. No i, choć w osobnej kategorii, studentów medycyny. Akademik Semmelweis znajdował się o rzut kamieniem, a z tego co się Laszlo mgliście wydawało, to na medycynie uczyć się trzeba dużo, a w tym jak wiadomo niektóre ze środków psychotropowych wydatnie mogą pomóc. Rozczarował się. Studenci nie byli zainteresowani - kuli na sucho i klasycznie, nawet nie bardzo imprezując po nocach, bezrobotny spauperyzowany proletariat może by i ubarwił sobie życie, ale nie miał jak płacić, a dziwki chciały oddawać w naturze. A może się wszyscy bali, bo mer dzielnicy Mate Kocsis związany z Fideszem, miał takie ciśnienie na walkę z narkomanią, że aż zdobył z tego tytułu międzynarodową sławę, gdy w listopadzie 2014 roku urbi et orbi ogłosił projekt ustawy, która miała zobowiązać wszystkich: uczniów szkół średnich, polityków i dziennikarzy, do poddawania się dorocznym testom na obecność narkotyków w organizmie.

Rozbita szyba. Laszlo zorientował się, że z oknem coś nie tak dopiero gdy kawałki szkła zachrzęściły mu pod stopami. Podwójne, zespolone okno zostało wybite przy użyciu jakiegoś ciężkiego narzędzia, którym po dokładniejszych oględzinach pokoju okazał się sporych rozmiarów rzeczny otoczak. Laszlo westchnął tylko. Bardziej dosłownego esemesa jak ten półtorakilowy kamień nie mógł się spodziewać. Zgarnął na podłogę wszystko co stało na stoliku, odwrócił go blatem do dołu, wykręcił nogi i blat wstawił w ramę okienną, całość podpierając miotłą, którą zaklinował o podłogę. Poszedł spać.

Następnego ranka, gdy słońce stało już wysoko na nieboskłonie, a pod MedResem stał ogolony na zero Ferenc, zatrudniony tam w charakterze Facility Managera i palił siódmego już tego dnia papierosa popijając czwartą kawą i obserwował z oddali wytłuczone okno i wstawiony weń palisandrowy blat - Laszlo wstał. Poszukał w internecie firmy, która mogłaby wymienić zniszczone skrzydło okienne, z ciężkim sercem przyjął do wiadomości, że będzie go to kosztować 45.000 forintów i zamówił usługę na godzinę 16:00. Problem polegał na tym, że w portfelu miał tylko dwadzieścia osiem tysięcy. Trzeba było działać. Złapał za telefon i zaczął dzwonić po zignorowanych dzień wcześniej klientach. Część z nich kazało mu się wypchać, bo znaleźli już innego dostawcę. Pozostałych, w liczbie pięciu umówił, wbrew swojemu zwyczajowi, bo normalnie interesy załatwiał w zaciszu Parku Nepliget dwa kilometry dalej.

Szło nieźle. Do momentu, gdy w trakcie trzeciej transakcji, dosłownie znikąd wyjechał patrol, który od razu się zainteresował tym co to Laszlo i dwóch szesnastolatków robią stojąc na ulicy. Kwadrans później Laszlo stał w skarpetkach na chodniku, bo buty kazano mu zdjąć do przeszukania, a do mieszkania z wybitą szybą wchodziła grupa sześciu policjantów. Szufladę z bielizną i skarpetkami otworzą w siedem minut po wejściu do mieszkania.

XXX

Rzecz jasna nie wiem, czy Laszlo ma rzeczywiście na imię Laszlo, ani czy ma szefa Csabę i czy interesy załatwiał w Nepliget, czy może w Szechenyi, a może w ogóle gdzieś indziej. To, że go złapano i przetrząśnięto mu mieszkanie - widziałem na własne oczy. Okno w dalszym ciągu jest nienaprawione.
Nie jestem również do końca pewien historii o wybuchu: wiem, że zdarzyła się na pewno 19 września 1995 roku i wyleciał w powietrze kosz na śmieci przy kantorze prowadzonym przez wspierającego OWP Naji Awada - jakość tłumaczenia jaką udało mi się uzyskać używając Google Translate, nie pozwala mi na dalsze zgłębienie tematu. Jak widać - nawet Google przy węgierskim wysiada. Być może uda mi się tekst poprawić i uszczegółowić, dołożę też kilka zdjęć.

Bardzo dziękuję  Zsuzsy Kanyi za pomoc w znalezieniu informacji o zamachu bombowym na Praterze i części tłumaczeń.


środa, 13 maja 2015

Kasza po swanecku

Kasza po swanecku. Ogórki i inne zieleniny - opcjonalnie.
Tłumaczyć się, dlaczego postanowiłem akurat dziś, a nie na przykład wczoraj albo jutro, po trzech niemal latach coś napisać na tym blogu - nie będę. Choć pewnie nikt tego nie oczekuje, to jednak wypadałoby po prostu przeprosić za trzyletnie milczenie tych, którzy kiedyś swój czas na lekturę poświęcali i liczyć by chcieli tu ponownie zaglądać.

Na tłumaczenia przyjdzie czas, gdy okaże się, że będą coś do dalszej opowieści wnosiły i zaświta nadzieja, że może jednak się uda tego blogowego trupa jakoś resuscytować i reanimować, a następnie ubrać i wymejkapować. Innymi słowy, pisać coś ku uciesze i pożytkowi, czerpiąc z doświadczeń swoich i innych tak przynajmniej z raz na miesiąc. A ten wpis - to taka sonda i rozgrzewka.

Polonez już dawno opuścił Rumunię, zamieszkał wpierw w Macedonii, a potem na Węgrzech, gdzie w Jozsefvaros w Peszcie przy utcy Illes 26 tkwi po dziś dzień.
Co wiedzieć trzeba o Polonezie, nim się przejdzie do dalszej lektury i zaskoczy zmianą porzuconego trzy lata temu wątku, to że się przepoczwarzył i to w niezłą - nomen omen - poczwarę. Spodnie rozmiaru 32, które Polonezowi zjeżdżały z tyłka w 2012, leżą teraz w szafie i nasiąkają zapachem naftaliny. Młodzian zmienił się w mężczyznę, szczypior w wieprzka gotowego na szlachtowanie.
A że z nadwagą ciężko uciekać przed rzeźnickim nożem, to trzeba się odchudzić. Tylko jak to zrobić jak to dietetyczne jedzenie takie niedobre...

Zainspirowany niedawną podróżą, wymyśliłem takie oto danie, które ma wiele zalet i jedną wadę. Z zalet: proste do wykonania, tańsze niż barszcz, niskokaloryczne (jakieś 220 kcal) całkiem smaczne i symboliczne bo łączy w sobie składniki, które były (są?) charakterystyczne dla kuchni polskiej i gruzińskiej. Wada jest taka, że po jeden z nich trzeba się wybrać do Swanetii  - takiej krainy między Abchazją i Osetią Południową.
Zresztą - wada to dość względne stwierdzenie - polecam kliknąć poniżej i posłuchać przykładu muzyki Swanów (rozkręca się pomału, ale naprawdę jest moc) i popatrzeć na pejzaże ich krainy. I jak już się pojedzie po tę sól - doświadczyć samemu.

Nazwałem je: Kasza po Swanecku.

Składniki:

- kasza gryczana prażona - 1 torebka
- cebula mała - 1 szt.
- pół łyżki oliwy
- pół łyżeczki masła
- sól swanecka (to żółte na zdjęciu)
- mielona ostra papryczka (taka z pestkami, często stoi na stołach w macedońskich, a czasami i rumuńskich restuaracjach)
- reszta dupereli na zdjęciu to tylko dekoracja, żeby ładniej wyglądało

Kilka słów o soli swaneckiej, bo to jest ten magiczny składnik, po który trzeba do Gruzji skoczyć. Kupiłem woreczek za 2 lari w Mestii, a że znajomości rosyjskiego starczyło mi tylko by zapytać o cenę - to skład pozostał dla mnie tajemnicą (Google by pewnie pomógł, ale się na niego trochę obraziłem). Po kilkudniowym pobycie u Swanów podejrzewam, że pewnie jest tam jakaś kolendra - bo gdyby w Mestii produkowali pastę do zębów to bez wątpienia o smaku kolendry byłaby właśnie - tak popularne jest tam to zioło.

Sposób przyrządzenia:

Kaszę gotujemy przez jakieś dziesięć minut, tak żeby była jeszcze twardawa, w tym samym czasie siekamy cebulę w dowolny kształt (ja posiekałem na piórka, bom leniwy) i blanszujemy na oliwie.
Gdy kasza skończy się gotować, wylewamy wodę z garnka, kaszę wieszamy na kranie nad zlewem żeby odciekła. Garnka nie studzimy, zostawiamy na piecu, ale bez włączonego dopływu ciepła (tak żeby po prostu był jeszcze gorący trochę). Wrzucamy kaszę z powrotem do garnka (trzeba szybko mieszać), wrzucamy cebulę, masło (łyżeczkę) i przyprawiamy swanecką solą i papryczką.

Ozdabiamy lub nie, jemy jako dodatek do mięcha lub po prostu ze smakiem. A jak nie smakuje - to próbujemy jeszcze raz po dwóch - trzech tygodniach jakiejś drakońskiej głodówki i posmakuje na 100%.

Mała uwaga na koniec: czytelnicy raczą wybaczyć pompatyczność stylu, ale że jest to pierwszy tekst nie będący:

a) mailem
b) procedurą
c) raportem
-miesięcznym
- tygodniowym
- kwartalnym
d) prezentacją
e) budżetem
f) handbookiem

który piszę od lat trzech (i to jeszcze po polsku) to nie mogłem się przed barokizowaniem powstrzymać.





niedziela, 9 września 2012

Jak w rumuńskim banku

Prawa Murphy'ego są chyba jedynymi, które działają zawsze niezawodnie. Mechanikę newtonowską podważył Einstein, Einsteina podważa się teraz w Wielkim Zderzaczu Hadronów, a pech występuje zawsze w momencie najmniej spodziewanym i co gorsza najmniej odpowiednim.

Trasa transfogarska
Kilka dni przed urlopem, który zaplanowałem sobie w rumuńskich górach, musiałem służbowo spędzić kilka dni w podlondyńskim, wstrętnym z każdego punktu widzenia, Luton. Po całym dniu spędzonym na pisaniu maili i gadaniu przez telefon uznałem, że czas na kolację - w całkiem niezłej hinduskiej knajpce, o kilka kroków od hotelu. Sęk w tym, że zapas  gotówki lokalnej ograniczał się do  dwóch funtów i trzydziestu dwóch pensów. Zahaczyłem więc o pobliski bankomat Santander.

Gdym zażyczył sobie dwadzieścia funtów, które z nawiązką powinny starczyć na kolację, piwko i małą paczkę marlboro, bankomat zachrzęścił obiecująco elektronicznymi bebechami i w sekundzie gdy wyciągałem dłoń po pieniądze - na mgnienie oka brakło prądu. Czekałem cierpliwie patrząc na komunikaty rebootującego się systemu operacyjnego i naiwnie liczyłem, że pieniądze jednak dostanę. Bankomat, złosliwa bestia, nawet nie beknął ani się nie oblizał, choć miał łobuz po czym. Nie dość, że gotówki nie dał, to jeszcze połknął kartę i żadne zaklęcia nie chciały sprawić by łaskawie zechciał ją oddać.

Widok z Munte Caltiu na Munte Negoiu
Było po osiemnastej, więc placówka przy której złodziejska maszyna się znajdowała, była już dawno zamknięta. Zadzwoniłem więc na infolinię, znowuż naiwnie licząc, że poruszeni bezmiarem mojego pecha pracownicy banku wyślą jakąś lotną brygadę, która wybebeszy drania na moich oczach i wyjmie z jego trzewi moje zabezpieczenie spokojnego urlopu.
Guzik z pętelką. Dodzwonienie się do jakiegokolwiek człowieka w infolinii zajęło mi prawie dwadzieścia minut. Po wybieraniu niezliczonych opcji w labiryncie systemu informacyjnego Santandera rozbijałem się zwykle o drzwi z napisem: "Wprowadź numer klienta" lub robota recytującego regułki z prospektów informacyjnych. Gdy nadzieja mnie już opuściła, wpadłem na przebiegły pomysł próby połączenia się z centrum udzielania kredytów: i tam w istocie natrafiłem na głos ludzki, przypuszczalnie pakistański. Pakistański asystent początkowo cierpliwie mnie wysłuchiwał, następnie stwierdził, że nic się nie da zrobić i że mam skontaktować się z macierzystym bankiem. Żadne, ale to żadne próby perswazji nie przynosiły najmniejszego efektu. Gdy w desperacji zacząłem ciskać mięsem, dowiedziałem się, że rozmowa jest nagrywana i jeśli będę kontynuował konwersację w taki a nie inny sposób, nagranie może posłużyć w sądzie jako dowód w sprawie o "verbal abuse". Nie mogłem sobie nawet pozwolić na znaczące ciśnięcie słuchawki - ot jak łagodnieją obyczaje w czasach telefonii komórkowej. Pożegnałem się więc chrześcijańskim "Fuck You" i zadzwoniłem do Banca Transilvania.

Wściekły jak osa wysłuchałem wyjaśnień pracownika, który zablokował kartę, zaprosił mnie do oddziału i zapewnił, że nową otrzymam w przeciągu tygodnia. Zachwycić mnie to rozwiązanie nie zachwyciło, gdyż urlop miałem zacząć równo za 48 godzin, ale cóż było począć.

Banca Transilvania to jeden z największych rumuńskich banków. Ma wszędzie pełno bankomatów i placówek oraz straszliwie irytujący serwis online. Reklamuje się hasłem: Banca oameni intreprizatori co dosłownie oznacza bank ludzi przedsiębiorczych, a w praktyce, że w banku pracują ludzie przedsiębiorczy, a klienci to jelenie, których się łupi. Przekonałem się o tym zresztą naskórnie następnego dnia około 14.00 gdy po podróży z Londynu wkroczyłem do oddziału znajdującego się w Iulius Mall w Timisoarze.

Łamanym rumuńskim objaśniłem moją sytuację prześlicznej blondynce o niskim chropowatym głosie zatrudnionej w charakterze asystentki. Ta pokiwała ze zrozumieniem kształtną główką, zrobiła współczującą minę, poszperała w komputerze i stwierdziła: że i owszem wszystko się zgadza, karta została zatrzymana ze względu na błąd w komunikacji. Zadowolony, że poszło tak gładko usłyszałem ni stąd ni zowąd:
- 15 lei va rog pentru card nou.
Skonfundowany spytałem, że niby z jakiej to paki mam płacić piętnaście lei za kartę, która została zatrzymana bez mojej winy. Dziewczyna rozłożyła bezradnie ręce i powiedziała, że takie mają zasady. Ja na to:
- No to głupie macie te zasady, skoro widzi Pani, że karta została zatrzymana bez mojej winy. Nie zgubiłem jej, nie zniszczyłem, tylko ze względu na brak prądu połknął ją automat...
Blondynka zaczęła dzwonić. Wykonała chyba z pięć rozmów tłumacząc to tu, to tam moją sytuację. Najwyraźniej jednak nie udało się jej osiągnąć telefonicznie nikogo władnego podjąć ważką dla stanu finansowego banku decyzję o odstąpieniu od opłaty. Ja, zawziąłem się już i postanowiłem nie odpuszczać - w imię zasad.
Asystentka zrobiła w końcu stropioną minę i przepraszająco stwierdziła:
- Imi pare rau... Może pan wystąpić do tamtego banku o zwrot kosztu...
To jeziorko znajduje się na 2000 m npm.
A nad nim dzikie pole namiotowe.
- Przecież wy możecie to zrobić w moim imieniu. Ostatecznie jestem waszym klientem i powinniście mi ułatwiać życie. Mam jechać do Londynu specjalnie po to, żeby odzyskać równowartość trzech funtów?!?
- Ale my nie możemy odstąpić od tej opłaty...
- Za to ja mogę odstąpić od przechowywania u was pieniędzy!
- Oczywiście może pan to zrobić.
- A czy może mi pani chociaż dać wydruk z systemu potwierdzający, że karta została zatrzymana ze względu na błąd w komunikacji? Muszę mieć przecież jakikolwiek dowód, gdy będę rozmawiał z tamtym bankiem.
- Imi pare rau... Gdy będzie pan zamykał konto, to może to pan zrobić tylko w tym oddziale w którym je pan otworzył.
Tu się miarka przebrała, bo oznacza to dla mnie wycieczkę w miejsce w które normalnie już nie chodzę. Wypłaciłem demonstracyjnie przy okienku wszystkie pieniądze jakie tylko miałem na dwóch kontach w Banca Transilvania i obiecałem i sobie, i blondynce, że jeśli moja noga więcej u nich postanie to tylko po to, żeby cisnąć w tą śliczną twarz kartami i pismem z wypowiedzeniem umowy. Przynajmniej konto chcę zamknąć na swoich warunkach, a nie pod dyktando bankierskich pijawek i ich durnych przepisów.
Karny jeżyk dla BT za idiotyczne procedury, brak elastyczności i kompletne olewanie klienta.
Dość, że urlop - nie licząc złamanej w trakcie jego trwania ręki - w miarę się udał. Ale to zupełnie inna historia. Zdjęcia dołączam.

niedziela, 2 września 2012

Na deser muzyczka cz. 3

Z pewną nieśmiałością siadam do klawiatury. Od chwili gdym ostatnio tu zajrzał i popełnił jakiś artykuł sporo wody w Dunaju i Bedze upłynęło. Wiem, że z usprawiedliwieniami jak z dziurkami w nosie - każdy jakieś tam ma - ale kilka różnych spraw dość skutecznie powstrzymywało mnie od zajrzenia tu i napisania kilku akapitów.

Pierwszy miesiąc, kryć nie będę, czyste lenistwo. Nie działo się tak absolutnie nic, że i pisać mi się nie chciało. Później przyszedł pierwszy czerwca i wszelkie moje narzekania co do braku zajęcia postanowiły sie nagle na mnie zemścić: kolejna data jaką świadomie pamiętam to 23 lipca, kiedy wieczorem usiadłem w niesprzątanym od sześciu tygodni mieszkaniu i powiedziałem sobie: "Wow, to to właśnie był tak zwany młyn zawodowy!" Po młynie musiałem wypocząć, więc pojechałem w góry, gdzie pierwszego dnia nastąpiłem na skałę tak pechowo, że straciłem równowagę i runąłem jak długi na lewe przedramię. Kawałek granitu, czy jakiegoś innego bazaltu nie chciał był oddać pola, więc piąty tydzień z rzędu noszę gips, który skutecznie zresztą utrudnia mi sklecenie i tych kilku zdań, którymi chciałbym powrócić do przerwanej tu pracy i przybliżania czytelnikowi rumuńskiego życia codziennego.

Dodam przy tym, że będzie to powrót niestety, ale na krótko. Polonez wyjeżdża bowiem z Rumunii 27 września i nie zanosi się na to, by w dającej się przewidzieć przyszłości miał tu na dłużej niż kilka dni wrócić.

Lato 2012 w Rumunii to nieustający nawet na chwilę ciąg upałów sięgających 40 kresek nad zerem. Ale to również nieustający ciąg imprez, wyjazdów, wysiadywania godzinami w "Strandach" (basen odkryty ze sferą rekreacyjną w postaci potężnych kolumn nagłaśniających i baru), złażącej z nosa skóry i nieprzespanych z powodu temperatury nocy.

Rumunom praktycznie wszędzie towarzyszy muzyka. Ichnia i zagraniczna. Poniżej kilka przykładów:

Connect R "Vara nu dorm" przynajmniej tytuł doskonale odzwierciedla moje doświadczenia z tego rumuńskiego lata. Również zbyt dużo nie pospałem.




INNA "Tu și eu" (Ty i ja): hyc-hopne, skoczne, simplu ca "Buna ziua" (rumuński odpowiednik "prostego jak drut" czy "prostego jak konstrukcja cepa"), w radiu na okrągło. Nawet mi się przyjęło po kilku przesłuchaniach. Ci którzy znają moje gusta muzyczne uznają zapewne, że upał mi nie posłużył.



Alex Velea "Minim doi" (Minimum dwoje). Kolega z Polski, któremu to puściłem stwierdził: "takie disco polo". Pewnie i tak - oceńcie sami.


Corina "A ta". Popularne i podobnie jak powyższe tematy puszczane wszędzie niemal bez przerwy. Na temat muzyki się nie wypowiadam, ale wokalistka zgrabna, więc teledyskiem można przynajmniej raz pocieszyć oko.


Jest tego więcej - mniej więcej na to samo kopyto. Zainteresowani powinni w You Tube wklepać "Muzica romaneasca vara 2012" i słuchać do woli.



wtorek, 1 maja 2012

Przygoda cz.3

Budzi mnie spacerujący w pobliżu kot. Nie żeby jakoś specjalnie hałasował - bo kocim obyczajem porusza się bezszelestnie, ale podświadomie, przez sen wyczuwam niedaleko ruch i uchylam oczy. Na dwóch złączonych ze sobą drewnianych ławach usnąłem tak głęboko i smacznie, że niemal dziwię się gdy dociera do mnie gdzie i w jakim położeniu się znajduję.


Przyglądam się buremu kocurowi dłuższy moment i bez refleksji, a nagle uzmysławiam sobie, że przecież skoro jest to kot - a nie ryś, jeleń, czy niedźwiedź - musi to oznaczać, że niedaleko są jakieś ludzkie siedziby.
Rzeczywiście - nie dalej jak trzysta metrów ode mnie znajduje się skupisko domów - po drugiej stronie rzeczki. Całkowicie je przegapiłem w nocy skupiony na zbieraniu drewna na opał i suszeniu przemoczonych ciuchów.
Mój wybawca :)
Jest chyba około siódmej rano. Ubieram się i z niezadowoleniem stwierdzam, że będę musiał kupić nową parę butów - postawiłem swoje zbyt blisko ognia i tworzywa sztuczne, z których częściowo były wykonane zmieniły w ciągu kilku ostatnich godzin stan skupienia.
Chałupy wyglądają dość nędznie: ogrodzone sypiącymi się drewnianymi płotami, z omszałymi dachami... Cała osada tonie dosłownie w błocie. Ale widzę też zaparkowane na podwórzach samochody, a z obórek dochodzą swojskie pochrząkiwania nierogacizny. Z dwóch kominów unoszą się smużki dymu.
Wybieram chałupkę naprzeciw której stoi zaparkowane terenowe Suzuki. Mam szczęście - po pięciu minutach krążenia wokół domu i zastanawiania się, czy aby nie za wcześnie, żeby zakłócać w Wielkanocny poniedziałek spokój mieszkańcom - problem rozwiązuje się sam - zza węgła wychodzi łysiejący, szczupły mężczyzna koło pięćdziesiątki.


Kroczy przez podwórze w eleganckich gumiakach. Wygląda na niesamowicie zaskoczonego widząc mnie. I wcale mu nie przechodzi, gdy otwieram usta i mocno kaleczoną rumuńszczyzną zaczynam objawiać mu cel mojej wizyty.
Początkowo chyba do niego nie dociera, co usiłuję mu przekazać, bo mówi jedno słowo:
- Ungur? - Węgier? Nie, wprawdzie: magyar lengyel tod baratom - ale... Cóż, Węgrzy i Rumuni nie zawsze za sobą przepadają - podejrzewam, że w tak małej wiosce tego rodzaju sentymenty, czy w zasadzie ich brak, mogą być silniejsze. A chcę przecież pozyskać gospodarza dla swojej sprawy... Postanawiam więc gorąco zaprzeczyć, dając tym samym do zrozumienia po której stronie lokuję swoje  sympatie. Taki mały socjotechniczny trick:
- Nu, nu: eu sunt Polonez. - mężczyzna wybałusza na mnie oczy. Równie dobrze mógłbym powiedzieć, że spadłem właśnie z Księżyca. Efekt byłby prawdopodobnie identyczny.
Tłumaczę mu jeszcze raz, powoli, odgrzebując w zakamarkach mózgu rumuńskie słowa, że widziałem jeepa przed jego domem, i że szukam kogoś kto zawiózłby mnie do Stâna de Vale, albo przynajmniej w tym kierunku. Mężczyzna patrzy na mnie dość długo i prawdopodobnie dochodzi do wniosku, że postradałem zmysły. W końcu stwierdza, że to niemożliwe, bo przez Padiș przejechać się nie da - zapăda mare - dużo śniegu. Tłumaczę, że wcale nie, że  zapăda mica, a w zasadzie to nie ma go w ogóle: apă (woda) i piatra (kamienie) to i owszem, ale żeby  zapăda? - Nimic! (nic). Moje zapewnienia go nie przekonują - nie chce jechać i kropka. Trudno - myślę sobie - przyjdzie mi drałować pod górkę na piechotę, a potem jeszcze sześć godzin przez góry.
Zrezygnowany pytam, czy mógłbym kupić od niego jakieś jedzenie. Początkowo nie rozumie i proponuje mi podwózkę do leżącego jeszcze cztery kilometry dalej w dół drogi sklepu wielobranżowego. Wyraża przy tym wątpliwość, czy sklep ów będzie w święto otwarty. Tłumaczę jeszcze raz:
- Aș dori să cumpar ceva pentru mâncare din Dumneavoastra. Am banii.
- Ţi-e foame?
Kiwam głową. Mężczyzna łapie mnie za ramię i przez sień wpycha do kuchni gdzie w kaflowym piecu z żelazną płytą buzuje ogień i w izbie gorąco jest jak w piekle.

Przedstawia mnie swojej matce - o której mówi bunica - babcia, która potraktowała mnie bez wyraźnego zdziwienia - ot jakby Polaków łażących po górach gościła co drugi dzień. I zaczyna wyciągać na stół: jajka świąteczne, kiełbasę, ciasta, chleb - nastawia wodę i gotuje w niej sarmale în foi de varză (coś w rodzaju naszych gołąbków), które stawia przede mną na stole polewa obficie smântână i każe: i jeść, i opowiadać.
W trakcie gdy powtarzam całą historię minionego dnia do kuchni schodzi się reszta rodziny: żona i dwie córki. Mężczyzna, najwyraźniej przejęty rolą gospodarza pyta mnie średnio raz na minutę, co jeszcze bym zjadł. A gdy kończę opowieść tłumacząc gdzie i jak spałem, otwiera butelkę ţuica'i wypija cztery kieliszki pod rząd, poprawia piwem i pyta:
- Ești singur? - co wprawdzie znaczy czy jestem sam, ale minę ma jakby chciał zapytać, czy wszystkie klepki mam na swoim miejscu. Później raczy mnie wywodem o śniegu, o niebezpieczeństwach, niedźwiedziach, wilkach. Brakuje tylko Cyganów porywających dzieci z kołysek.
Gawędzimy sobie o tym i owym przez jakąś godzinę. Okazuje się, że ma na imię Ion, mieszka Huedin, a na Święta przyjechał do rodzinnej wioski. Skończył na Uniwersytecie geografię - ale pracuje jako kierowca ciężarówki, bo to bardziej dochodowe zajęcie. W 1991 roku był w Jugosławii - gdy komentuję, że przecież w tym czasie trwał tam război opowiada, że widział z pewnej odległości jak Serbowie ostrzeliwali Bośnię.
Pytam go, czy istnieje jakaś inna droga do Stâna de Vale. Liczy coś pod nosem i mówi:
- Suta cincizeci de kilometre - sto pięćdziesiąt kilometrów wokół gór. Stwierdzam więc, że czas na mnie - muszę bowiem wdrapać się na  Padiș i stamtąd iść dalej - chociaż niespecjalnie mi się to uśmiecha, bo buty częściowo roztopione niemiło drapią ścięgna Achillesa na obydwu stopach, zapasów jedzenia żadnych, a na stopach mam paskudne, popękane już bąble - skutek nieplanowanych kilkunastu kilometrów nocnej wędrówki w mokrym obuwiu.
Bez większej nadziei sugeruję, że może mógłby podwieźć mnie przynajmniej kilka kilometrów pod górę - żebym oszczędził trochę czasu - jak uzna, że droga jest zbyt ryzykowna wysadzi mnie i pójdę sobie dalej.
Myśli chwilę - i zgadza się. Idzie po brata, który nadal mieszka w tej miejscowości i jako pracownik leśnictwa zna wszystkie okoliczne ścieżki. Jego żona tymczasem szykuje mi prowiant na drogę. Jest więc: pół kilo slaniny, pęk listków usturoi natural (chyba nazywa się to po polsku czosnek niedźwiedzi), pół bochenka chleba i kawałek ciasta.
Wsiadamy w czwórkę do Suzuki i jedziemy pod górę. Znowu siąpi.
Auto pomału, ale konsekwentnie pnie się po szutrowej drodze, a ja z zaciekawieniem obserwuję trasę, którą pokonałem w nocy w kompletnych ciemnościach. Wydaje mi się w pewnej chwili, że jesteśmy już zdecydowanie dalej niż obiecane parę kilometrów, ale że Ion się nie zatrzymuje - ja również nic nie mówię. Brat kierowcy, tłumaczy mi, że lepiej dla mnie byłoby iść na nogach drogą w kierunku Pietroasa, bo od Boga - jak mi wyjaśnia być może uda mi się złapać okazję i dojechać do drogi krajowej łączącej Pietroasa z Beiuș, skąd pozostałoby mi tylko wjechać do  Stâna de Vale. Gdy wjeżdżamy w gęstą mgłę tuż przed Padiș - przyznaję mu rację.
Na przełęczy, gdy jestem święcie przekonany, że nastąpił już koniec naszej wspólnej podróży - moi towarzysze każą mi zostać w samochodzie, a sami zaczynają się dobijać do jednej z chałup w pobliżu schroniska w którym zamierzałem przenocować. Otwiera im łysy, brodaty mężczyzna, we wzorzystym polarze, który przypomina mi rok 1995 - bo takie się wówczas w Polskich górach nosiło. Dość długo i ostro dyskutują, w końcu łysy wzrusza ramionami i znika w chacie. Bracia tłumaczą mi, że facet był tu w nocy, słyszał, że psy szczekają dość długo, ale nie przyszło mu do głowy wstać z łóżka. W zamian usłyszał chyba zdrowy opieprz i radę, by na przyszłość trzymać swoje psy na uwięzi.
Ion zwozi mnie z przełęczy na drugą stronę masywu - droga wije się tu jak wąż - jest zdecydowanie bardziej stroma niż ta którą przebyłem w nocy. Nie protestuję, chociaż wiem, że robi znacznie więcej niż to do czego się zobowiązał.
W pewnej chwili zatrzymuje się i mówi:
- Słuchaj: zawiózłbym cię do Pietroasa, ale mam mało benzyny i nie mam pieniędzy. Jeśli z tobą tam pojadę starczy mi, żeby wrócić do Ponor, ale nie starczy, żeby dojechać do domu - bo to jeszcze pięćdziesiąt kilometrów dalej. A na tej drodze na przestrzeni stu kilometrów nie ma żadnej stacji. Jest jedna w Pietroasa - mogę cię tam zawieźć - ale będziesz musiał mi dać na benzynę. W przeciwnym razie - muszę teraz zawrócić. Pasuje ci to?

No pewnie, że pasuje i to jeszcze jak. Żegnamy się przy kawie jakąś godzinę później.
Do  Stâna de Vale docieram około 14:00 autostopem i wynajętym (wraz z kierowcą) samochodem.
Gdy wracam do Timisoary postanawiam  zdrzemnąć się godzinę i wstać o siódmej wieczór. Wstaję: o ósmej rano następnego dnia.

sobota, 28 kwietnia 2012

Dymisja

Po raz drugi w ciągu niecałego pół roku Rumunia będzie miała nowy Rząd.
Dziś w godzinach popołudniowych po raz pierwszy w historii tego kraju opozycji udało się przeprowadzić tzw. konstruktywne wotum nieufności, które zaowocowało upadkiem Rządu Ungureanu.

Egzotyczna koalicja pozostających do tej pory w opozycji socjalistów, liberałów i konserwatystów przeforsowała na nowego Szefa Rządu młodego ( w tym roku kończy 40 lat) Victora Pontę wywodzącego się z Partii Socjaldemokratycznej.

Jeśliby misja rządu Ponty nie powiodła się - Rumunię mogą czekać w tym roku podwójne wybory: do samorządu lokalnego i parlamentarne.

Jeżeli Poncie uda się utworzyć stabilnie działający rząd, politykę rumuńską czeka kohabitacja - Premier i Prezydent znajdą się do siebie w politycznej opozycji.