sobota, 16 stycznia 2021

Nowy blog

 

Wszystkim, którzy niegdyś obserwowali mojego bloga, którzy trafiają tu przypadkiem, albo nie przypadkiem, zapraszam na mojego nowego bloga, umieszczonego:

TUTAJ

Serdecznie zapraszam, na blogu znajdziecie bardzo interesujące:

- porady żeglarskie

- historie żeglarskie

- felietony

Mam nadzieję, że się Wam spodoba!

sobota, 23 maja 2015

Najsmutniejsza zupa świata

Jest na południu Polski miejscowość o nazwie Międzybrodzie Bialskie. Okolica - przepiękna, taka Szwajcaria w miniaturze. Góry, lasy, jeziora, strumienie.

Dwie porcje najsmutniejszej zupy świata. W tle potrzebne składniki
Góry wprawdzie niewysokie i dlatego nazywają się Beskid Mały, jeziora co prawda zaporowe, bo rzeka Soła wylewała, strumienie wredne, bo o różnicach przepływów takich, że latem można wrzucić piwo i butelka nie odpłynie, a wczesną wiosną, niosą sobie radośnie kamyczki o masie własnej dwustu kilogramów jakby to były piórka. Lasy zwierza wszelakiego pełne i miejscowych śpiących pod drzewami po cięższej imprezie. Sielanka pełną gębą. Niedaleko Międzybrodzia, już na samej granicy z Porąbką, jest przysiółek: Żarnówka Mała. Mała, a wielkie się tam dziwy działy. Szczególnie na początku obecnego wieku. Polonez, w najśmielszych marzeniach nie myślał wonczas, że będzie kiedyś Polonezem, a nie po prostu dumnym i bladym studentem Nauk Politycznych.

Było tak, że w dolinie strumienia Żarnówka, dziadek Poloneza postawił kiedyś chatkę. Taką zwykłą sobie letniskową. Dziadek niestety przedwcześnie pożegnał się ze światem, a z chatkę prawem kaduka przejął wnuk, który co ze wstydem dziś przyznaje, miast dbać o jej dobrego ducha, zbierać zioła i kultywować zdrowy tryb życia, zrobił z niej miejsce uciech wszelakich. Ładował się z kilkoma kolegami (a czasami i koleżankami) do Forda Fiesty rocznik 1987, w którym podłoga była przegnita tak, że trzymała się na dywanikach, zatrzymywał przy najbliższej Biedronce, kupował wraz z kompanionami wesołymi ze 140 piw po złotych jeden groszy czterdzieści sztuka i rozpoczynali kilkudniowy wywczas. Z okazji na przykład majowego weekendu.

Dobre to były czasy. Wtedy to wraz z kolegą Michałem przekonali się na przykład, że z kariery estradowej nici, bo wypad do Żywca celem zarobienia kasy na piwo grając na gitarze i przyśpiewując, skończył się sromotną porażką i zarobkiem rzędu 2,60 na godzinę. Przewijało się tam towarzystwo różne, w ilościach od trzech do dwunastu osób - co było wyczynem godnym podziwu, zważywszy, że powierzchnia chatki wynosi jakieś 18 metrów. Dzień zaczynał się od odśpiewania hymnu Związku Radzieckiego. Życie uczuciowo - erotyczne mogło być wprawdzie bardziej urozmaicone, bo mimo, że jakieś sympatyczne dziewczyny się zwykle dawały namówić na wyjazd, to ciężko było wejść w bliższą zażyłość w tym ścisku - ot zwykłe młodzieńcze błędy planowania i brak przewidywania konsekwencji klęski urodzaju. Ale i tak było fajnie.

Podstawę diety stanowiła rzecz jasna kiełbacha z ogniska naprzemiennie z karczkiem z grilla. Czasami jednak pojawiała się Zupa. Ta właśnie z tytułu - najsmutniejsza świata. I to i dosłownie i w przenośni. Dosłownie - bo to zupa cebulowa i jak się cebulę kroi to ryczy się jak bóbr w żałobie, a w przenośni, bo jakoś tak nostalgicznie sobie Polonez teraz myśli, że ekstra wtedy było i że jednak to se ne vrati.

Zupa robiła furorę. Dziwnym trafem złożyło się, że  rodzona matka Poloneza, była jedyną matką w całym towarzystwie, która postanowiła swojego syna nauczyć nie tylko gotować, ale i gotować zupę cebulową właśnie.

Zupa cebulowa to Ryanair i Wizz Air wszystkich zup - ultra low cost. Składniki na czterech nienażartych dwudziestolatków można kupić za jakieś piętnaście złotych. Robi się ją błyskawicznie i nawet absolutna kulinarna noga sobie z tym poradzi. Do tego jest bardzo smaczna i potrafi tak zapchać, że się po prostu leży i stęka. Poza tym trochę nielegalna - bo zgodnie z literą prawa zapisaną w tzw. ustawie antydopalaczowej gałka muszkatołowa jest przecież substancją psychoaktywną - z tego co Polonez czytał, to po zjedzeniu dwóch, trzech całych gałek można się wybrać na kilkudniowego, dość koszmarnego tripa, a potem prosto na transplantację wątroby. Więc ostrożnie.

Składniki (na czterech studentów):

10 - 15 cebul średniej wielkości.
1/2 starego chleba (na grzanki) lub groszek ptysiowy (ale to wersja de lux),
2 łyżeczki gałki muszkatołowej - przetartej
2 -3 łyżki oliwy bądź oleju,
2 kostki rosołowe,
2 łyżki śmietany (opcjonalnie, niekoniecznie)
15 dag starego żółtego sera (nie wiem jakiego konkretnie, ma się ciągnąć po zalaniu wrzątkiem),
szczypta soli,
szczypta pieprzu

Są dwie wersje wykonania:

1. Otwieramy piwo, wypijamy je. Otwieramy drugie, czynimy jak z poprzednim. Otwieramy trzecie czynimy jak z poprzednim. Gdy zgłodniejemy, zaczynamy wrzeszczeć na kumpla, żeby się wziął do roboty. Jak mamy szczęscie to się weźmie, jak nie to wyśle nas do wszystkich diabłów i wtedy musimy spróbować wersji drugiej.

2.
Bierzemy dwa garnki i napełniamy je wodą. Jeden stawiamy na piec i gotujemy. Drugi stawiamy w zasięgu ręki. Obieramy cebule i od razu wrzucamy je do gara z zimną wodą - to taki trick, żeby się nie zapłakać na śmierć w kuchni. Cebulę kroimy na piórka, kostki, czy na co nam tam przyjdzie ochota, ważne żeby w ogóle były pokrojone. Nóż moczymy od czasu do czasu w wodzie, dzięki temu jest szansa,  że przy końcu roboty będziemy mieć wprawdzie mokre ręce ale za to suche oczy. Nim skończymy woda powinna już zawrzeć.
Wylewamy zimną wodę z garnka, przecieramy go ścierką lub podkoszulkiem, lub czymkolwiek co mamy pod ręką, a zbiera wodę. Wlewamy do garnka olej lub oliwę, blanszujemy cebulę (trzeba mieszać!). Wycieranie było po to, żeby olej nie pryskał po całej kuchni. Następnie zalewamy całość gorącą wodą z drugiego garnka, wsypujemy gałkę, sól, pieprz, kostki rosołowe i dajemy się temu przez moment pogotować.
W tym czasie przygotowujemy grzanki - można na oleju można na suchej patelni - ważne, żeby nie spalić.
Bierzemy blender i przecieramy zupę - aczkolwiek nie jest to warunek sine qua non. Dodajemy śmietanę (w zasadzie to: zupę do śmietany, roztwór do zupy - mniej prawdopodbne, że się zwarzy). Trzemy ser na tarce, na drobne wiórka, rozkładamy go na talerze, zalewamy zupą. Grzanki podajemy osobno (żeby się nie zmieniły w nieciekawą breję). Voila mes amis, prete!

Dokładam kawałek, który nam wtedy często - gęsto towarzyszył i jest chyba jedynym, który udało mi się w życiu zaśpiewać i nie sfałszować by wszyscy uciekli.

Dziękuję Ievie za tytuł i inspirację.


wtorek, 19 maja 2015

Jozsefvaros, czyli kiepski dzień Laszla

Laszlo przeżywa właśnie najgorszy dzień w swoim dotychczasowym życiu i co gorsza perspektywy też nie rysują się jakoś specjalnie różowo. Ma 29 lat. Zgodnie z najnowszymi trendami mody męskiej nosi brodę a'la generał Thomas 'Stonewall' Jackson, który postradał życie w 1863 roku, koszulkę na ramiączkach, czapkę bejsbolówkę, kolczyk tunel w lewym uchu i krótkie spodenki. Obrazu dopełniają tatuaże na łydkach i przedramionach, różnorodne esy - floresy i tłumaczone na węgierski wersety z Biblii.

Ulica Illes, Jozsefvaros, Budapest

Mieszkał na parterze kamienicy na rogu Tomo i Illes niedaleko granicy kerulet VIII i IX, czy jak kto woli liczącej ponad 85 tysięcy mieszkańców dzielnicy Jozsefvaros (Miasto Józefa) i powierzchniowo większego, acz mniej ludnego Ferencvaros (Franciszkogród - skąd nazwę bierze najsłynniejszy chyba węgierski klub piłkarski). Laszlo urodził się tam i wychował. I powiedzieć chyba można, że złośliwy genius loci tego miejsca doprowadzić był go musiał tam, gdzie znalazł się teraz. A znalazł się pod wytłuczonym oknem swojego mieszkania, stojąc w skarpetkach na betonowym chodniku, z ramionami wykręconymi do tyłu i opasującymi mu nadgarstki niewygodnymi kajdankami. Pech i chciałoby się aż rzec: bazd meg.

Jozsefvaros nie jest najlepszą z budapesztańskich dzielnic. Mówiąc bardzo oględnie. Tak naprawdę to cieszy się opinią najgorszej. Powstała w 1873, kiedy trzy miasta: Buda, Peszt i Obuda, zdecydowały połączyć się w jedno i przy tej okazji ochrzczono ją imieniem Józefa II. Tego samego, który będąc równocześnie cesarzem i królem wielu krain, był przy okazji austriackim arcyksięciem i zapisał się w polskiej historii jako ten, co to najpierw zawinął nam Spisz i Orawę, a następnie 83 tysiące kilometrów kwadratowych powierzchni Pierwszej Rzeczpospolitej - czyli wziął czynny udział w I Rozbiorze. Jozsefvaros to niecałe siedem kilometrów kwadratowych, odcięte od Dunaju dystryktem V. W zasadzie bez zabytków i rzadko przyciągające turystów. Jak już tu trafiają to  przelotnie, gdy do Budapesztu przyjadą pociągiem i wysiądą na dworcu Keleti, czasami wybiorą się do Węgierskiego Muzeum Narodowego, a już bardzo rzadko pójdą zobaczyć dawną (obecnie chyba reaktywowaną) Akademię Wojskową Ludovika.

Laszlo nie turyści ani historia były teraz w głowie. Stoi i czeka aż dwóch funkcjonariuszy prewencji Rendororszag, wezwie przez krótkofalówkę ekipę dochodzeniowo-śledczą, która wejdzie do jego mieszkania i pewnie bez większego wysiłku znajdzie kilkanaście gram amfetaminy podzielonej na porcje wrzuconych beztrosko do szuflady między skarpetki i bieliznę. Unosi wzrok i patrzy w kierunku ulicy Illes, na nowy budynek mieszkalny przypominający niewielką twierdzę, gdzie na pierwszym piętrze, nad biurami i laboratoriami firmy Medres, opierając się o parapet i paląc papierosa przygląda mu się pewien mężczyzna. Laszlo kojarzy tą twarz. Widział go kilka razy jak wsiadał i wysiadał z Citroena C5 na polskich numerach rejestracyjnych. Raz nawet stał za nim w kolejce w małym sklepie spożywczym mieszczącym się kilkadziesiąt metrów od jego domu. Facet był wtedy z żoną i z ich rozmowy wywnioskował, że para jest mieszana: litewsko - polska. Lengyelek és litvánok Budapesten.

Fakt, że turyści się po Jozsefvaros nie kręcą nie znaczy, że dzielnica jest jaką węgierską monokulturą jaką mogłaby się wydawać. Wręcz przeciwnie, choć Węgrzy przeważają, to spory odsetek ludności stanowią mniejszości narodowe i etniczne. Co prawda, Polacy i Litwini występują w ilościach śladowych, ale za to Jozsefvaros upodobali sobie Cyganie i Chińczycy. Do tego, czasowo pomieszkują tu rumuńscy kierowcy busików kursujących zilnicsăptămânal do Erdely, (czyli Siedmiogrodu, czyli Siebenburga, czyli Ardealu, czyli po prostu do Transylwanii), którzy zostawiają swoje maszyny na parkingach zorganizowanych w miejscach, gdzie kiedyś stał dom, a potem bomba spadła - i jakoś przestrzeń trzeba było zorganizować. Bomby nie tylko zresztą spadały na Jozsefvaros z samolotów czy strzelane z armat. Czasami umieszczane były po prostu w koszach na śmieci. W 1995 roku, jakieś czterysta metrów od miejsca gdzie w skarpetach stoi Laszlo, na ulicy Prater numer 73, pod prowadzonym przez palestyńskiego uchodźcę kantorem, ktoś zdetonował ładunek tak silny, że w całej okolicy poleciały szyby z okien. Kolorowo - wielokulturowo.

Szyba wytłuczona w oknie mieszkania Laszlo była sprawą świeżą. Od niej się zresztą zaczął jego kiepski dzień. Wracał z imprezy, było późno, na ekranie telefonu miał 18 nieodebranych połączeń. Jedenaście od klientów, których po prostu nie usłyszał, bo muzyka była głośna, a pozostałych siedem od Csaby, hurtownika, który dostarczał mu do rozprowadzenia towar. Szedł zamyślony wzdłuż Koris ut., przeciął cieszącą się złą sławą Dioszeghy Samuel utca, gdzie policja, by kontrolować całe mieszkające tam towarzystwo ustawiła kontener z kilkoma kamerami na trzymetrowym maszcie. Minął nędzny budynek Kościoła Reformowanego i po dwóch minutach, skręcił w lewo, w Illes, by potem przy Autosbolt wejść na Tomo ut.

Rozmyślał, jak tu wytłumaczyć Csabie, że interes - nie chce iść. Argumentów miał niby kilka. Miejsce do prowadzenia biznesu wybrał przecież bezbłędnie: popyt w dzielnicy powinien, cholera, być. Wokół pełno życiowych rozbitków: inwalidów, bezrobotnych, cygańskich małolatów, tanich prostytutek i różnej maści świrów, których chyba przyciągał pobliski szpital psychiatryczny. No i, choć w osobnej kategorii, studentów medycyny. Akademik Semmelweis znajdował się o rzut kamieniem, a z tego co się Laszlo mgliście wydawało, to na medycynie uczyć się trzeba dużo, a w tym jak wiadomo niektóre ze środków psychotropowych wydatnie mogą pomóc. Rozczarował się. Studenci nie byli zainteresowani - kuli na sucho i klasycznie, nawet nie bardzo imprezując po nocach, bezrobotny spauperyzowany proletariat może by i ubarwił sobie życie, ale nie miał jak płacić, a dziwki chciały oddawać w naturze. A może się wszyscy bali, bo mer dzielnicy Mate Kocsis związany z Fideszem, miał takie ciśnienie na walkę z narkomanią, że aż zdobył z tego tytułu międzynarodową sławę, gdy w listopadzie 2014 roku urbi et orbi ogłosił projekt ustawy, która miała zobowiązać wszystkich: uczniów szkół średnich, polityków i dziennikarzy, do poddawania się dorocznym testom na obecność narkotyków w organizmie.

Rozbita szyba. Laszlo zorientował się, że z oknem coś nie tak dopiero gdy kawałki szkła zachrzęściły mu pod stopami. Podwójne, zespolone okno zostało wybite przy użyciu jakiegoś ciężkiego narzędzia, którym po dokładniejszych oględzinach pokoju okazał się sporych rozmiarów rzeczny otoczak. Laszlo westchnął tylko. Bardziej dosłownego esemesa jak ten półtorakilowy kamień nie mógł się spodziewać. Zgarnął na podłogę wszystko co stało na stoliku, odwrócił go blatem do dołu, wykręcił nogi i blat wstawił w ramę okienną, całość podpierając miotłą, którą zaklinował o podłogę. Poszedł spać.

Następnego ranka, gdy słońce stało już wysoko na nieboskłonie, a pod MedResem stał ogolony na zero Ferenc, zatrudniony tam w charakterze Facility Managera i palił siódmego już tego dnia papierosa popijając czwartą kawą i obserwował z oddali wytłuczone okno i wstawiony weń palisandrowy blat - Laszlo wstał. Poszukał w internecie firmy, która mogłaby wymienić zniszczone skrzydło okienne, z ciężkim sercem przyjął do wiadomości, że będzie go to kosztować 45.000 forintów i zamówił usługę na godzinę 16:00. Problem polegał na tym, że w portfelu miał tylko dwadzieścia osiem tysięcy. Trzeba było działać. Złapał za telefon i zaczął dzwonić po zignorowanych dzień wcześniej klientach. Część z nich kazało mu się wypchać, bo znaleźli już innego dostawcę. Pozostałych, w liczbie pięciu umówił, wbrew swojemu zwyczajowi, bo normalnie interesy załatwiał w zaciszu Parku Nepliget dwa kilometry dalej.

Szło nieźle. Do momentu, gdy w trakcie trzeciej transakcji, dosłownie znikąd wyjechał patrol, który od razu się zainteresował tym co to Laszlo i dwóch szesnastolatków robią stojąc na ulicy. Kwadrans później Laszlo stał w skarpetkach na chodniku, bo buty kazano mu zdjąć do przeszukania, a do mieszkania z wybitą szybą wchodziła grupa sześciu policjantów. Szufladę z bielizną i skarpetkami otworzą w siedem minut po wejściu do mieszkania.

XXX

Rzecz jasna nie wiem, czy Laszlo ma rzeczywiście na imię Laszlo, ani czy ma szefa Csabę i czy interesy załatwiał w Nepliget, czy może w Szechenyi, a może w ogóle gdzieś indziej. To, że go złapano i przetrząśnięto mu mieszkanie - widziałem na własne oczy. Okno w dalszym ciągu jest nienaprawione.
Nie jestem również do końca pewien historii o wybuchu: wiem, że zdarzyła się na pewno 19 września 1995 roku i wyleciał w powietrze kosz na śmieci przy kantorze prowadzonym przez wspierającego OWP Naji Awada - jakość tłumaczenia jaką udało mi się uzyskać używając Google Translate, nie pozwala mi na dalsze zgłębienie tematu. Jak widać - nawet Google przy węgierskim wysiada. Być może uda mi się tekst poprawić i uszczegółowić, dołożę też kilka zdjęć.

Bardzo dziękuję  Zsuzsy Kanyi za pomoc w znalezieniu informacji o zamachu bombowym na Praterze i części tłumaczeń.


środa, 13 maja 2015

Kasza po swanecku

Kasza po swanecku. Ogórki i inne zieleniny - opcjonalnie.
Tłumaczyć się, dlaczego postanowiłem akurat dziś, a nie na przykład wczoraj albo jutro, po trzech niemal latach coś napisać na tym blogu - nie będę. Choć pewnie nikt tego nie oczekuje, to jednak wypadałoby po prostu przeprosić za trzyletnie milczenie tych, którzy kiedyś swój czas na lekturę poświęcali i liczyć by chcieli tu ponownie zaglądać.

Na tłumaczenia przyjdzie czas, gdy okaże się, że będą coś do dalszej opowieści wnosiły i zaświta nadzieja, że może jednak się uda tego blogowego trupa jakoś resuscytować i reanimować, a następnie ubrać i wymejkapować. Innymi słowy, pisać coś ku uciesze i pożytkowi, czerpiąc z doświadczeń swoich i innych tak przynajmniej z raz na miesiąc. A ten wpis - to taka sonda i rozgrzewka.

Polonez już dawno opuścił Rumunię, zamieszkał wpierw w Macedonii, a potem na Węgrzech, gdzie w Jozsefvaros w Peszcie przy utcy Illes 26 tkwi po dziś dzień.
Co wiedzieć trzeba o Polonezie, nim się przejdzie do dalszej lektury i zaskoczy zmianą porzuconego trzy lata temu wątku, to że się przepoczwarzył i to w niezłą - nomen omen - poczwarę. Spodnie rozmiaru 32, które Polonezowi zjeżdżały z tyłka w 2012, leżą teraz w szafie i nasiąkają zapachem naftaliny. Młodzian zmienił się w mężczyznę, szczypior w wieprzka gotowego na szlachtowanie.
A że z nadwagą ciężko uciekać przed rzeźnickim nożem, to trzeba się odchudzić. Tylko jak to zrobić jak to dietetyczne jedzenie takie niedobre...

Zainspirowany niedawną podróżą, wymyśliłem takie oto danie, które ma wiele zalet i jedną wadę. Z zalet: proste do wykonania, tańsze niż barszcz, niskokaloryczne (jakieś 220 kcal) całkiem smaczne i symboliczne bo łączy w sobie składniki, które były (są?) charakterystyczne dla kuchni polskiej i gruzińskiej. Wada jest taka, że po jeden z nich trzeba się wybrać do Swanetii  - takiej krainy między Abchazją i Osetią Południową.
Zresztą - wada to dość względne stwierdzenie - polecam kliknąć poniżej i posłuchać przykładu muzyki Swanów (rozkręca się pomału, ale naprawdę jest moc) i popatrzeć na pejzaże ich krainy. I jak już się pojedzie po tę sól - doświadczyć samemu.

Nazwałem je: Kasza po Swanecku.

Składniki:

- kasza gryczana prażona - 1 torebka
- cebula mała - 1 szt.
- pół łyżki oliwy
- pół łyżeczki masła
- sól swanecka (to żółte na zdjęciu)
- mielona ostra papryczka (taka z pestkami, często stoi na stołach w macedońskich, a czasami i rumuńskich restuaracjach)
- reszta dupereli na zdjęciu to tylko dekoracja, żeby ładniej wyglądało

Kilka słów o soli swaneckiej, bo to jest ten magiczny składnik, po który trzeba do Gruzji skoczyć. Kupiłem woreczek za 2 lari w Mestii, a że znajomości rosyjskiego starczyło mi tylko by zapytać o cenę - to skład pozostał dla mnie tajemnicą (Google by pewnie pomógł, ale się na niego trochę obraziłem). Po kilkudniowym pobycie u Swanów podejrzewam, że pewnie jest tam jakaś kolendra - bo gdyby w Mestii produkowali pastę do zębów to bez wątpienia o smaku kolendry byłaby właśnie - tak popularne jest tam to zioło.

Sposób przyrządzenia:

Kaszę gotujemy przez jakieś dziesięć minut, tak żeby była jeszcze twardawa, w tym samym czasie siekamy cebulę w dowolny kształt (ja posiekałem na piórka, bom leniwy) i blanszujemy na oliwie.
Gdy kasza skończy się gotować, wylewamy wodę z garnka, kaszę wieszamy na kranie nad zlewem żeby odciekła. Garnka nie studzimy, zostawiamy na piecu, ale bez włączonego dopływu ciepła (tak żeby po prostu był jeszcze gorący trochę). Wrzucamy kaszę z powrotem do garnka (trzeba szybko mieszać), wrzucamy cebulę, masło (łyżeczkę) i przyprawiamy swanecką solą i papryczką.

Ozdabiamy lub nie, jemy jako dodatek do mięcha lub po prostu ze smakiem. A jak nie smakuje - to próbujemy jeszcze raz po dwóch - trzech tygodniach jakiejś drakońskiej głodówki i posmakuje na 100%.

Mała uwaga na koniec: czytelnicy raczą wybaczyć pompatyczność stylu, ale że jest to pierwszy tekst nie będący:

a) mailem
b) procedurą
c) raportem
-miesięcznym
- tygodniowym
- kwartalnym
d) prezentacją
e) budżetem
f) handbookiem

który piszę od lat trzech (i to jeszcze po polsku) to nie mogłem się przed barokizowaniem powstrzymać.





niedziela, 9 września 2012

Jak w rumuńskim banku

Prawa Murphy'ego są chyba jedynymi, które działają zawsze niezawodnie. Mechanikę newtonowską podważył Einstein, Einsteina podważa się teraz w Wielkim Zderzaczu Hadronów, a pech występuje zawsze w momencie najmniej spodziewanym i co gorsza najmniej odpowiednim.

Trasa transfogarska
Kilka dni przed urlopem, który zaplanowałem sobie w rumuńskich górach, musiałem służbowo spędzić kilka dni w podlondyńskim, wstrętnym z każdego punktu widzenia, Luton. Po całym dniu spędzonym na pisaniu maili i gadaniu przez telefon uznałem, że czas na kolację - w całkiem niezłej hinduskiej knajpce, o kilka kroków od hotelu. Sęk w tym, że zapas  gotówki lokalnej ograniczał się do  dwóch funtów i trzydziestu dwóch pensów. Zahaczyłem więc o pobliski bankomat Santander.

Gdym zażyczył sobie dwadzieścia funtów, które z nawiązką powinny starczyć na kolację, piwko i małą paczkę marlboro, bankomat zachrzęścił obiecująco elektronicznymi bebechami i w sekundzie gdy wyciągałem dłoń po pieniądze - na mgnienie oka brakło prądu. Czekałem cierpliwie patrząc na komunikaty rebootującego się systemu operacyjnego i naiwnie liczyłem, że pieniądze jednak dostanę. Bankomat, złosliwa bestia, nawet nie beknął ani się nie oblizał, choć miał łobuz po czym. Nie dość, że gotówki nie dał, to jeszcze połknął kartę i żadne zaklęcia nie chciały sprawić by łaskawie zechciał ją oddać.

Widok z Munte Caltiu na Munte Negoiu
Było po osiemnastej, więc placówka przy której złodziejska maszyna się znajdowała, była już dawno zamknięta. Zadzwoniłem więc na infolinię, znowuż naiwnie licząc, że poruszeni bezmiarem mojego pecha pracownicy banku wyślą jakąś lotną brygadę, która wybebeszy drania na moich oczach i wyjmie z jego trzewi moje zabezpieczenie spokojnego urlopu.
Guzik z pętelką. Dodzwonienie się do jakiegokolwiek człowieka w infolinii zajęło mi prawie dwadzieścia minut. Po wybieraniu niezliczonych opcji w labiryncie systemu informacyjnego Santandera rozbijałem się zwykle o drzwi z napisem: "Wprowadź numer klienta" lub robota recytującego regułki z prospektów informacyjnych. Gdy nadzieja mnie już opuściła, wpadłem na przebiegły pomysł próby połączenia się z centrum udzielania kredytów: i tam w istocie natrafiłem na głos ludzki, przypuszczalnie pakistański. Pakistański asystent początkowo cierpliwie mnie wysłuchiwał, następnie stwierdził, że nic się nie da zrobić i że mam skontaktować się z macierzystym bankiem. Żadne, ale to żadne próby perswazji nie przynosiły najmniejszego efektu. Gdy w desperacji zacząłem ciskać mięsem, dowiedziałem się, że rozmowa jest nagrywana i jeśli będę kontynuował konwersację w taki a nie inny sposób, nagranie może posłużyć w sądzie jako dowód w sprawie o "verbal abuse". Nie mogłem sobie nawet pozwolić na znaczące ciśnięcie słuchawki - ot jak łagodnieją obyczaje w czasach telefonii komórkowej. Pożegnałem się więc chrześcijańskim "Fuck You" i zadzwoniłem do Banca Transilvania.

Wściekły jak osa wysłuchałem wyjaśnień pracownika, który zablokował kartę, zaprosił mnie do oddziału i zapewnił, że nową otrzymam w przeciągu tygodnia. Zachwycić mnie to rozwiązanie nie zachwyciło, gdyż urlop miałem zacząć równo za 48 godzin, ale cóż było począć.

Banca Transilvania to jeden z największych rumuńskich banków. Ma wszędzie pełno bankomatów i placówek oraz straszliwie irytujący serwis online. Reklamuje się hasłem: Banca oameni intreprizatori co dosłownie oznacza bank ludzi przedsiębiorczych, a w praktyce, że w banku pracują ludzie przedsiębiorczy, a klienci to jelenie, których się łupi. Przekonałem się o tym zresztą naskórnie następnego dnia około 14.00 gdy po podróży z Londynu wkroczyłem do oddziału znajdującego się w Iulius Mall w Timisoarze.

Łamanym rumuńskim objaśniłem moją sytuację prześlicznej blondynce o niskim chropowatym głosie zatrudnionej w charakterze asystentki. Ta pokiwała ze zrozumieniem kształtną główką, zrobiła współczującą minę, poszperała w komputerze i stwierdziła: że i owszem wszystko się zgadza, karta została zatrzymana ze względu na błąd w komunikacji. Zadowolony, że poszło tak gładko usłyszałem ni stąd ni zowąd:
- 15 lei va rog pentru card nou.
Skonfundowany spytałem, że niby z jakiej to paki mam płacić piętnaście lei za kartę, która została zatrzymana bez mojej winy. Dziewczyna rozłożyła bezradnie ręce i powiedziała, że takie mają zasady. Ja na to:
- No to głupie macie te zasady, skoro widzi Pani, że karta została zatrzymana bez mojej winy. Nie zgubiłem jej, nie zniszczyłem, tylko ze względu na brak prądu połknął ją automat...
Blondynka zaczęła dzwonić. Wykonała chyba z pięć rozmów tłumacząc to tu, to tam moją sytuację. Najwyraźniej jednak nie udało się jej osiągnąć telefonicznie nikogo władnego podjąć ważką dla stanu finansowego banku decyzję o odstąpieniu od opłaty. Ja, zawziąłem się już i postanowiłem nie odpuszczać - w imię zasad.
Asystentka zrobiła w końcu stropioną minę i przepraszająco stwierdziła:
- Imi pare rau... Może pan wystąpić do tamtego banku o zwrot kosztu...
To jeziorko znajduje się na 2000 m npm.
A nad nim dzikie pole namiotowe.
- Przecież wy możecie to zrobić w moim imieniu. Ostatecznie jestem waszym klientem i powinniście mi ułatwiać życie. Mam jechać do Londynu specjalnie po to, żeby odzyskać równowartość trzech funtów?!?
- Ale my nie możemy odstąpić od tej opłaty...
- Za to ja mogę odstąpić od przechowywania u was pieniędzy!
- Oczywiście może pan to zrobić.
- A czy może mi pani chociaż dać wydruk z systemu potwierdzający, że karta została zatrzymana ze względu na błąd w komunikacji? Muszę mieć przecież jakikolwiek dowód, gdy będę rozmawiał z tamtym bankiem.
- Imi pare rau... Gdy będzie pan zamykał konto, to może to pan zrobić tylko w tym oddziale w którym je pan otworzył.
Tu się miarka przebrała, bo oznacza to dla mnie wycieczkę w miejsce w które normalnie już nie chodzę. Wypłaciłem demonstracyjnie przy okienku wszystkie pieniądze jakie tylko miałem na dwóch kontach w Banca Transilvania i obiecałem i sobie, i blondynce, że jeśli moja noga więcej u nich postanie to tylko po to, żeby cisnąć w tą śliczną twarz kartami i pismem z wypowiedzeniem umowy. Przynajmniej konto chcę zamknąć na swoich warunkach, a nie pod dyktando bankierskich pijawek i ich durnych przepisów.
Karny jeżyk dla BT za idiotyczne procedury, brak elastyczności i kompletne olewanie klienta.
Dość, że urlop - nie licząc złamanej w trakcie jego trwania ręki - w miarę się udał. Ale to zupełnie inna historia. Zdjęcia dołączam.

niedziela, 2 września 2012

Na deser muzyczka cz. 3

Z pewną nieśmiałością siadam do klawiatury. Od chwili gdym ostatnio tu zajrzał i popełnił jakiś artykuł sporo wody w Dunaju i Bedze upłynęło. Wiem, że z usprawiedliwieniami jak z dziurkami w nosie - każdy jakieś tam ma - ale kilka różnych spraw dość skutecznie powstrzymywało mnie od zajrzenia tu i napisania kilku akapitów.

Pierwszy miesiąc, kryć nie będę, czyste lenistwo. Nie działo się tak absolutnie nic, że i pisać mi się nie chciało. Później przyszedł pierwszy czerwca i wszelkie moje narzekania co do braku zajęcia postanowiły sie nagle na mnie zemścić: kolejna data jaką świadomie pamiętam to 23 lipca, kiedy wieczorem usiadłem w niesprzątanym od sześciu tygodni mieszkaniu i powiedziałem sobie: "Wow, to to właśnie był tak zwany młyn zawodowy!" Po młynie musiałem wypocząć, więc pojechałem w góry, gdzie pierwszego dnia nastąpiłem na skałę tak pechowo, że straciłem równowagę i runąłem jak długi na lewe przedramię. Kawałek granitu, czy jakiegoś innego bazaltu nie chciał był oddać pola, więc piąty tydzień z rzędu noszę gips, który skutecznie zresztą utrudnia mi sklecenie i tych kilku zdań, którymi chciałbym powrócić do przerwanej tu pracy i przybliżania czytelnikowi rumuńskiego życia codziennego.

Dodam przy tym, że będzie to powrót niestety, ale na krótko. Polonez wyjeżdża bowiem z Rumunii 27 września i nie zanosi się na to, by w dającej się przewidzieć przyszłości miał tu na dłużej niż kilka dni wrócić.

Lato 2012 w Rumunii to nieustający nawet na chwilę ciąg upałów sięgających 40 kresek nad zerem. Ale to również nieustający ciąg imprez, wyjazdów, wysiadywania godzinami w "Strandach" (basen odkryty ze sferą rekreacyjną w postaci potężnych kolumn nagłaśniających i baru), złażącej z nosa skóry i nieprzespanych z powodu temperatury nocy.

Rumunom praktycznie wszędzie towarzyszy muzyka. Ichnia i zagraniczna. Poniżej kilka przykładów:

Connect R "Vara nu dorm" przynajmniej tytuł doskonale odzwierciedla moje doświadczenia z tego rumuńskiego lata. Również zbyt dużo nie pospałem.




INNA "Tu și eu" (Ty i ja): hyc-hopne, skoczne, simplu ca "Buna ziua" (rumuński odpowiednik "prostego jak drut" czy "prostego jak konstrukcja cepa"), w radiu na okrągło. Nawet mi się przyjęło po kilku przesłuchaniach. Ci którzy znają moje gusta muzyczne uznają zapewne, że upał mi nie posłużył.



Alex Velea "Minim doi" (Minimum dwoje). Kolega z Polski, któremu to puściłem stwierdził: "takie disco polo". Pewnie i tak - oceńcie sami.


Corina "A ta". Popularne i podobnie jak powyższe tematy puszczane wszędzie niemal bez przerwy. Na temat muzyki się nie wypowiadam, ale wokalistka zgrabna, więc teledyskiem można przynajmniej raz pocieszyć oko.


Jest tego więcej - mniej więcej na to samo kopyto. Zainteresowani powinni w You Tube wklepać "Muzica romaneasca vara 2012" i słuchać do woli.



wtorek, 1 maja 2012

Przygoda cz.3

Budzi mnie spacerujący w pobliżu kot. Nie żeby jakoś specjalnie hałasował - bo kocim obyczajem porusza się bezszelestnie, ale podświadomie, przez sen wyczuwam niedaleko ruch i uchylam oczy. Na dwóch złączonych ze sobą drewnianych ławach usnąłem tak głęboko i smacznie, że niemal dziwię się gdy dociera do mnie gdzie i w jakim położeniu się znajduję.


Przyglądam się buremu kocurowi dłuższy moment i bez refleksji, a nagle uzmysławiam sobie, że przecież skoro jest to kot - a nie ryś, jeleń, czy niedźwiedź - musi to oznaczać, że niedaleko są jakieś ludzkie siedziby.
Rzeczywiście - nie dalej jak trzysta metrów ode mnie znajduje się skupisko domów - po drugiej stronie rzeczki. Całkowicie je przegapiłem w nocy skupiony na zbieraniu drewna na opał i suszeniu przemoczonych ciuchów.
Mój wybawca :)
Jest chyba około siódmej rano. Ubieram się i z niezadowoleniem stwierdzam, że będę musiał kupić nową parę butów - postawiłem swoje zbyt blisko ognia i tworzywa sztuczne, z których częściowo były wykonane zmieniły w ciągu kilku ostatnich godzin stan skupienia.
Chałupy wyglądają dość nędznie: ogrodzone sypiącymi się drewnianymi płotami, z omszałymi dachami... Cała osada tonie dosłownie w błocie. Ale widzę też zaparkowane na podwórzach samochody, a z obórek dochodzą swojskie pochrząkiwania nierogacizny. Z dwóch kominów unoszą się smużki dymu.
Wybieram chałupkę naprzeciw której stoi zaparkowane terenowe Suzuki. Mam szczęście - po pięciu minutach krążenia wokół domu i zastanawiania się, czy aby nie za wcześnie, żeby zakłócać w Wielkanocny poniedziałek spokój mieszkańcom - problem rozwiązuje się sam - zza węgła wychodzi łysiejący, szczupły mężczyzna koło pięćdziesiątki.


Kroczy przez podwórze w eleganckich gumiakach. Wygląda na niesamowicie zaskoczonego widząc mnie. I wcale mu nie przechodzi, gdy otwieram usta i mocno kaleczoną rumuńszczyzną zaczynam objawiać mu cel mojej wizyty.
Początkowo chyba do niego nie dociera, co usiłuję mu przekazać, bo mówi jedno słowo:
- Ungur? - Węgier? Nie, wprawdzie: magyar lengyel tod baratom - ale... Cóż, Węgrzy i Rumuni nie zawsze za sobą przepadają - podejrzewam, że w tak małej wiosce tego rodzaju sentymenty, czy w zasadzie ich brak, mogą być silniejsze. A chcę przecież pozyskać gospodarza dla swojej sprawy... Postanawiam więc gorąco zaprzeczyć, dając tym samym do zrozumienia po której stronie lokuję swoje  sympatie. Taki mały socjotechniczny trick:
- Nu, nu: eu sunt Polonez. - mężczyzna wybałusza na mnie oczy. Równie dobrze mógłbym powiedzieć, że spadłem właśnie z Księżyca. Efekt byłby prawdopodobnie identyczny.
Tłumaczę mu jeszcze raz, powoli, odgrzebując w zakamarkach mózgu rumuńskie słowa, że widziałem jeepa przed jego domem, i że szukam kogoś kto zawiózłby mnie do Stâna de Vale, albo przynajmniej w tym kierunku. Mężczyzna patrzy na mnie dość długo i prawdopodobnie dochodzi do wniosku, że postradałem zmysły. W końcu stwierdza, że to niemożliwe, bo przez Padiș przejechać się nie da - zapăda mare - dużo śniegu. Tłumaczę, że wcale nie, że  zapăda mica, a w zasadzie to nie ma go w ogóle: apă (woda) i piatra (kamienie) to i owszem, ale żeby  zapăda? - Nimic! (nic). Moje zapewnienia go nie przekonują - nie chce jechać i kropka. Trudno - myślę sobie - przyjdzie mi drałować pod górkę na piechotę, a potem jeszcze sześć godzin przez góry.
Zrezygnowany pytam, czy mógłbym kupić od niego jakieś jedzenie. Początkowo nie rozumie i proponuje mi podwózkę do leżącego jeszcze cztery kilometry dalej w dół drogi sklepu wielobranżowego. Wyraża przy tym wątpliwość, czy sklep ów będzie w święto otwarty. Tłumaczę jeszcze raz:
- Aș dori să cumpar ceva pentru mâncare din Dumneavoastra. Am banii.
- Ţi-e foame?
Kiwam głową. Mężczyzna łapie mnie za ramię i przez sień wpycha do kuchni gdzie w kaflowym piecu z żelazną płytą buzuje ogień i w izbie gorąco jest jak w piekle.

Przedstawia mnie swojej matce - o której mówi bunica - babcia, która potraktowała mnie bez wyraźnego zdziwienia - ot jakby Polaków łażących po górach gościła co drugi dzień. I zaczyna wyciągać na stół: jajka świąteczne, kiełbasę, ciasta, chleb - nastawia wodę i gotuje w niej sarmale în foi de varză (coś w rodzaju naszych gołąbków), które stawia przede mną na stole polewa obficie smântână i każe: i jeść, i opowiadać.
W trakcie gdy powtarzam całą historię minionego dnia do kuchni schodzi się reszta rodziny: żona i dwie córki. Mężczyzna, najwyraźniej przejęty rolą gospodarza pyta mnie średnio raz na minutę, co jeszcze bym zjadł. A gdy kończę opowieść tłumacząc gdzie i jak spałem, otwiera butelkę ţuica'i wypija cztery kieliszki pod rząd, poprawia piwem i pyta:
- Ești singur? - co wprawdzie znaczy czy jestem sam, ale minę ma jakby chciał zapytać, czy wszystkie klepki mam na swoim miejscu. Później raczy mnie wywodem o śniegu, o niebezpieczeństwach, niedźwiedziach, wilkach. Brakuje tylko Cyganów porywających dzieci z kołysek.
Gawędzimy sobie o tym i owym przez jakąś godzinę. Okazuje się, że ma na imię Ion, mieszka Huedin, a na Święta przyjechał do rodzinnej wioski. Skończył na Uniwersytecie geografię - ale pracuje jako kierowca ciężarówki, bo to bardziej dochodowe zajęcie. W 1991 roku był w Jugosławii - gdy komentuję, że przecież w tym czasie trwał tam război opowiada, że widział z pewnej odległości jak Serbowie ostrzeliwali Bośnię.
Pytam go, czy istnieje jakaś inna droga do Stâna de Vale. Liczy coś pod nosem i mówi:
- Suta cincizeci de kilometre - sto pięćdziesiąt kilometrów wokół gór. Stwierdzam więc, że czas na mnie - muszę bowiem wdrapać się na  Padiș i stamtąd iść dalej - chociaż niespecjalnie mi się to uśmiecha, bo buty częściowo roztopione niemiło drapią ścięgna Achillesa na obydwu stopach, zapasów jedzenia żadnych, a na stopach mam paskudne, popękane już bąble - skutek nieplanowanych kilkunastu kilometrów nocnej wędrówki w mokrym obuwiu.
Bez większej nadziei sugeruję, że może mógłby podwieźć mnie przynajmniej kilka kilometrów pod górę - żebym oszczędził trochę czasu - jak uzna, że droga jest zbyt ryzykowna wysadzi mnie i pójdę sobie dalej.
Myśli chwilę - i zgadza się. Idzie po brata, który nadal mieszka w tej miejscowości i jako pracownik leśnictwa zna wszystkie okoliczne ścieżki. Jego żona tymczasem szykuje mi prowiant na drogę. Jest więc: pół kilo slaniny, pęk listków usturoi natural (chyba nazywa się to po polsku czosnek niedźwiedzi), pół bochenka chleba i kawałek ciasta.
Wsiadamy w czwórkę do Suzuki i jedziemy pod górę. Znowu siąpi.
Auto pomału, ale konsekwentnie pnie się po szutrowej drodze, a ja z zaciekawieniem obserwuję trasę, którą pokonałem w nocy w kompletnych ciemnościach. Wydaje mi się w pewnej chwili, że jesteśmy już zdecydowanie dalej niż obiecane parę kilometrów, ale że Ion się nie zatrzymuje - ja również nic nie mówię. Brat kierowcy, tłumaczy mi, że lepiej dla mnie byłoby iść na nogach drogą w kierunku Pietroasa, bo od Boga - jak mi wyjaśnia być może uda mi się złapać okazję i dojechać do drogi krajowej łączącej Pietroasa z Beiuș, skąd pozostałoby mi tylko wjechać do  Stâna de Vale. Gdy wjeżdżamy w gęstą mgłę tuż przed Padiș - przyznaję mu rację.
Na przełęczy, gdy jestem święcie przekonany, że nastąpił już koniec naszej wspólnej podróży - moi towarzysze każą mi zostać w samochodzie, a sami zaczynają się dobijać do jednej z chałup w pobliżu schroniska w którym zamierzałem przenocować. Otwiera im łysy, brodaty mężczyzna, we wzorzystym polarze, który przypomina mi rok 1995 - bo takie się wówczas w Polskich górach nosiło. Dość długo i ostro dyskutują, w końcu łysy wzrusza ramionami i znika w chacie. Bracia tłumaczą mi, że facet był tu w nocy, słyszał, że psy szczekają dość długo, ale nie przyszło mu do głowy wstać z łóżka. W zamian usłyszał chyba zdrowy opieprz i radę, by na przyszłość trzymać swoje psy na uwięzi.
Ion zwozi mnie z przełęczy na drugą stronę masywu - droga wije się tu jak wąż - jest zdecydowanie bardziej stroma niż ta którą przebyłem w nocy. Nie protestuję, chociaż wiem, że robi znacznie więcej niż to do czego się zobowiązał.
W pewnej chwili zatrzymuje się i mówi:
- Słuchaj: zawiózłbym cię do Pietroasa, ale mam mało benzyny i nie mam pieniędzy. Jeśli z tobą tam pojadę starczy mi, żeby wrócić do Ponor, ale nie starczy, żeby dojechać do domu - bo to jeszcze pięćdziesiąt kilometrów dalej. A na tej drodze na przestrzeni stu kilometrów nie ma żadnej stacji. Jest jedna w Pietroasa - mogę cię tam zawieźć - ale będziesz musiał mi dać na benzynę. W przeciwnym razie - muszę teraz zawrócić. Pasuje ci to?

No pewnie, że pasuje i to jeszcze jak. Żegnamy się przy kawie jakąś godzinę później.
Do  Stâna de Vale docieram około 14:00 autostopem i wynajętym (wraz z kierowcą) samochodem.
Gdy wracam do Timisoary postanawiam  zdrzemnąć się godzinę i wstać o siódmej wieczór. Wstaję: o ósmej rano następnego dnia.

sobota, 28 kwietnia 2012

Dymisja

Po raz drugi w ciągu niecałego pół roku Rumunia będzie miała nowy Rząd.
Dziś w godzinach popołudniowych po raz pierwszy w historii tego kraju opozycji udało się przeprowadzić tzw. konstruktywne wotum nieufności, które zaowocowało upadkiem Rządu Ungureanu.

Egzotyczna koalicja pozostających do tej pory w opozycji socjalistów, liberałów i konserwatystów przeforsowała na nowego Szefa Rządu młodego ( w tym roku kończy 40 lat) Victora Pontę wywodzącego się z Partii Socjaldemokratycznej.

Jeśliby misja rządu Ponty nie powiodła się - Rumunię mogą czekać w tym roku podwójne wybory: do samorządu lokalnego i parlamentarne.

Jeżeli Poncie uda się utworzyć stabilnie działający rząd, politykę rumuńską czeka kohabitacja - Premier i Prezydent znajdą się do siebie w politycznej opozycji.

czwartek, 26 kwietnia 2012

Przygoda cz.2

Zniszczona mapa, kompletne załamanie pogody, zapadające ciemności i sfora białych psów, która napędziła mi stracha - wszystko to do kupy wzięte powoduje, że gdy daję z niegościnnego Padiș nogę w ciemności, trzymając się kurczowo zbawczej drogi - mój zdrowy rozsądek i ośrodki racjonalnego myślenia na jakiś czas się wyłączają.


Długo później dociera do mnie, że już na początku ucieczki z przełęczy popełniłem szkolny błąd. Z mapy pamiętam, że gdzieś w okolicy znajduje się miejscowość Boga - obficie wypełniona pensjonatami i hotelami. Wiem, że przyszedłem z północy, wiem, że Boga znajduje się na zachodzie więc powinienem udać się w prawo. Tymczasem idę w lewo.  Jak w pysk dał na wschód. Do najbliższej większej miejscowości - Huedin - mam zatem raptem 58 km. Następny byłby bodajże Cluj, kilometrów 95.

Rzecz jasna - w chwili gdy salwuję się ucieczką przed upierdliwymi, szarpiącymi mnie za nogawki u spodni i paski od plecaka psami - nie mam o tym wszystkim pojęcia - idę licząc na łut szczęścia.
W pomyłce orientuję się wiele, wiele godzin później i około dwunastu kilometrów dalej. Idę sam - bo zdrajca Azorel jakby zapominając o kilku świątecznych kiełbaskach, pisance i cieście świątecznym, w które wyposażyła mnie Cristina, a którymi się z nim hojnie dzieliłem - w obliczu przewagi liczebnej udał się spokojnie na z góry upatrzone pozycje nie tracąc nawet czasu na pożegnalne szczeknięcie. Łajdak.
Droga, którą w strugach deszczu brnę, ma nawet numer, który poznaję znacznie później: 763. Łączy Pietrosoani z Huedin, wiedzie głównie przez całkowite bezludzie. Zimą jest nieprzejezdna, wiosną i jesienią dostępna jedynie samochodem terenowym bądź ciężarówką. Do 2015 roku ma zostać całkowicie pokryta asfaltem. Póki co jednak - asfaltu ani śladu. Jest za to w sporych ilościach szuter, żwir, otoczaki, glina i mnóstwo wody, że miejscami brodzę w rozlanych kałużach po kostki.

Mimo zmęczenia idę szybko ubieram na siebie co tylko mi zostało w plecaku na czoło zakładam latarkę - i idę. Mniej więcej po pierwszej godzinie marszu  natrafiam na ślady ludzi - porzucone puszki po piwie i niedopałki papierosów. Dobrze, myślę, być może jestem już w zasięgu wakacyjno - urlopowych spacerów jakiegoś kurortu. Trochę niepokoi brak łuny świateł elektrycznych, której wypatruję ponad drzewami usiłując oszacować odległość do ludzkich siedlisk.

Pierwszy budynek niemal mijam - nie zauważając go w ciemności. Jest to drewniana stara chałupa - zamknięta nową, mosiężną kłódką. Przez moment przechodzi mi przez myśl, żeby kłódkę przepiłować i znaleźć w środku schronienie. Narzędzia mam - Victorinox z piłką do metalu wyraźnie czuję w kieszeni na piersi. Moralność zwycięża jednak tym razem nad instynktem przetrwania i postanawiam maszerować dalej.
W lesie, w nocy, w kwietniu jest niesamowicie. Jest tak ciemno, że mam wrażenie jakbym oślepł - księżyca na niebie ani śladu. Bieleją tylko łaty niestopniałego śniegu, szemrzy deszcz, huczy głośno dość pokaźna rzeczka po prawej. Wiatr szczęśliwie nie wieje - szczęśliwie, bo przemarzłbym na nim bez wątpienia do kości.
Gdy przestaje padać widzę jak pod wpływem ciepła, które wydziela moje ciało parują na mnie ubrania. Zabawiam się obliczaniem ile kalorii przyjąłem w ciągu dnia i ile z nich już zużyłem. Nie martwię się tym jednak zbytnio - gromadzone przez lata zapasy tłuszczu wokół brzucha powinny starczyć na wykarmienie nie tylko mnie, ale i jeszcze kogoś przez conajmniej kilka dni.

Tracę poczucie czasu - idę i idę, nic nie widzę i wydaje mi się, że droga nigdy się nie skończy. Rozważam nawet powrót do samotnej chaty i dokonanie pierwszego w życiu włamania, ale w tym samym momencie las się otwiera i w świetle latarki widzę kilka zabudowań. Parę murowanych domów: bez okien, bez drzwi. Robią raczej mało przytulne wrażenie. Zauważam natomiast billboard (!) ze zdjęciem domków campingowych i napisem "Ponor - locul de vacanţa - vă invitaţi" - no to jak zaprasza, to zaprasza. Szczególnie, że według znaku pozostały mi doń raptem dwa kilometry.
Nawet nie jestem specjalnie rozczarowany, gdy za niewielkim betonowym mostkiem, w pół godziny później, dostrzegam zamknięty na głucho ośrodek wypoczynkowy Ponor. Śladu człowieka - okna czernieją, nie unosi się żaden dym.
Są za to: dwa murowane budynki, pięć - sześć domków letniskowych. Na koniec dostrzegam moje marzenie: wiatę z kominkiem. Przeskakuję przez płot, zrzucam pod wiatą plecak i z jedną latarką w dłoni, a drugą na czole zaczynam szperać między budynkami. To czego szukam, znajduję za czymś w rodzaju otwartej świetlicy. Są to równo poukładane pod ścianą półmetrowe, grube na ramię szczapy drewna. Znoszę kilka naręczy pod wiatę, a myszkując między budynkami natrafiam jeszcze na leżącą bezpańsko drewnianą skrzynkę po pomarańczach i stalowy kubek. Podstawiam naczynie pod okap dachu, skąd ścieka pokaźna strużka wody. Herbaty wprawdzie nie mam, ale planuję przegotować deszczówkę by ogrzać się nią choć trochę od wewnątrz.

Do rozpalenia ogniska poświęcam pierwszy tom "Dekameronu" Giovanniego Boccacia i kilkunastu mililitrów perfum "Higher Energy" Christiana Diora - które to obie rzeczy dźwigałem cały dzień - bez wyraźnego powodu. Gdy w kominku trzaska już wesoło ogień rozbieram się do naga i wskakuję do śpiwora, który jakimś cudem jest tylko trochę mokry. Spędzam tak noc: budząc się co kilkadziesiąt minut, dorzucając do ognia, odwracając suszące się ubrania i pijąc gorącą wodę. Głodno mi - w plecaku mimo kilkukrotnego przeszukiwania, poza kilkoma okruchami ciasta w folii aluminiowej - nie ma już nic do jedzenia. Chyba jest po trzeciej gdy zasypiam na dobre. W trakcie jednej z tych przerw w śnie dociera do mnie, że poszedłem w kompletnie niewłaściwym kierunku. Postanawiam jednak nie martwić się na zapas i poczekać z decyzją do rana.

Przykro mi, że nie mogę podzielić się, żadnym z tej nocy fotografiami. Jakoś nie przyszło mi do głowy by robić zdjęcia.

CDN

sobota, 21 kwietnia 2012

Przygoda cz.1

Życie jest pełne niespodzianek. W życiu i podróżowaniu w Rumunii - niespodzianki występują w obfitości tak wielkiej - że element zaskoczenia (czyli warunku dla niespodzianki niezbędnego) - przestaje w zasadzie istnieć. Wybierając się na wycieczkę w Rumunii należy po prostu założyć, że coś pójdzie nie tak.

Stâna de Vale
Gdy w trzygwiazdkowym Hotelu Iadolina w Stâna de Vale dowiaduję się, że papierosy, o których zapomniałem można kupić najbliżej w Beiuș, z którego tyle co przyjechałem po zapierających dech w piersiach, zasypanych staczającymi się ze stromych zboczy kamieniami i ciągnących się kilkanaście kilometrów serpentynach - oddycham z ulgą i uznaję, że mój limit pecha został wyczerpany. Dwa dni bez palenia jeszcze nikomu nie zaszkodziły.

Sama  Stâna robi wrażenie przykre (to zresztą chyba typowe dla rumuńskich miejscowości wypoczynkowych). Szczególnie przed sezonem - bo jak się okazuje  Paștele Ortodox - czyli Święta Wielkanocne - to w Rumunii, żaden sezon. Hotele, pensjonaty i ośrodki wypczynkowe, a tych w niewielkiej a położonej ponad 1000 m n.p.m   Stânie nie brakuje - stoją puste. Stoją puste tuż obok niedokończonych od wielu lat inwestycji straszących sterczącymi prętami zbrojeniowymi i liszajami rdzawych zacieków na nie otynkowanych betonowych, czy ceglanych ścianach. Wszystko w ciszy i majestacie gór, wznoszących się w okolicy na ponad 1800 metrów.

Timișora, 15 kwietnia kwitnie już bzami, żółtą forsycją i mleczem, różowawą magnolią i pachnie rozgrzanym asfaltem.  Stâna de Vale pozbywa się dopiero czap śniegu i tonie w spływającej z gór wody.

W Wielką Niedzielę wychodzę z hotelu o 9 rano. Trasa, którą sobie obmyśliłem ma mnie zaprowadzić do Padiș - niewielkiego przysiółka na przełęczy tej samej nazwy do którego powinienem dotrzeć w zależności od wybranej marszruty w pięć do dziewięciu godzin. Wybieram trasę dłuższą idąc za znakami Cruc Albastru i Banda Galben i planuję wrócić do samochodu nazajutrz trasą krótszą - Banda Roșu .


Ledwie wchodzę do lasu, a już przyplątuje się jakiś Azorel - nieodłączny element rumuńskich wycieczek występujący pod różnymi postaciami w zależności od miejscowości kundel, który cieszy się na długi spacer i liczy po cichu na resztki prowiantu - którego zresztą mam pod dostatkiem. Jest mały, szorstkowłosy o maści dziczo - płowej. Młody chyba sądząc po białych ząbkach, którymi rozrywa na strzępy kiełbasę, pisankę i świąteczne ciasto, którymi się z nim dzielę gdy robię sobie przerwy w marszu.


Idziemy więc razem, najpierw przez las, a później przez fioletowe od krokusów hale pod niebem ołowianym od chmur gubiąc raz po raz wyznaczony byle jak szlak. Nie przejmujemy się tym. Azorel pewnie nie wie nawet co to znaczy się zgubić, a ja mam dwa kompasy i mapę - niedokładną i bez naniesionych punktów charakterystycznych - ale odzwierciedlającą, jako tako, ukształtowanie terenu Zona Padiș din Munţii Bihor. 


Schodzimy z wysokiego na 1400 metrów szczytu do doliny rwącej górskiej rzeki i idąc szlakiem równoległym do wąwozu kryjącego wodospad Moara Dracului pniemy się w kierunku Poiana Sotișoara - ogromnej i długiej na kilka kilometrów  ni to hali ni połoniny.
Tutorial: jak poradzić sobie po ukąszeniu żmii. Metody z Winnetou.
Pogoda siada do rzeszty. Na Poianie widoczność wynosi jakieś pięćdziesiąt metrów, tak że idę z kompasem przy nosie kierując się na południowy zachód, gdzie według mapy powinienem gdzieś znaleźć szlak. Kompletenie niewidoczny w tym momencie, bo Poiana pokryta jest metrową warstwą śniegu, w którą nie zapadam się wyłącznie dzięki rakietom przytwierdzonym do obuwia, a żeby poustawiać tyczki wskazujące właściwy kierunek - nikt się nie pofatygował. Azorel orbituje gdzieś na zasięgu widzialności, że momentami wzrok płata mi figle i gdy pies wynurza się z mgły zdaje się jakby biegł po niebie - bo horyzontu po prostu nie ma. Jest biała jak mleko ziemia i podobnie białe niebo. Kiedy indziej zdaje mi się, że nadbiega dzik, lub jakaś inna pokaźnych gabarytów  zwierzyna, a to tylko Azorel, któremu niezwykłe warunki atmosferyczne dodały w moich oczach kilkaset kilo masy.
Ostatecznie, nie wiedząc jak daleko Poianą zaszedłem decyduję się ją opuścić i pójść wprost na południe, gdzie powinienem znaleźć szlak, który zawiedzie mnie do Padiș . Zjeżdżam ze stromego wzniesienia na rakietach śnieżnych niczym na nartach wywracając się co kilkadziesiąt metrów. Pół godziny później idąc brzegiem rwącego strumienia znajduję szlak. Gorzej bo w tym samym momencie obrywa się chmura, z której tyle co wyszedłem. Hektolitry wody spadają prosto jak od linijki, leją mi się za kołnierz i przemaczają plecak. Na domiar złego, szlak przecina wkrótce dość pokaźny strumień, do którego szukam dogodnego zejścia przez dobry kwardans, a następnie szeroką i głęboką na jakieś trzydzieści centymetrów rzeczkę. Kamieni po których możnaby przeskoczyć - brak. Włażę więc do lodowatej wody i gdy uchodzę jakieś dwieście metrów w chlupoczących butach słyszę rozpaczliwe ujadanie Azorela. Widzę go jak przymierza się do pokonania rzeki, wącha, moczy łapę to jedną to drugą, ale najwyraźniej boi się do niej wejść. Mruczę pod nosem, że nie prosiłem się żeby ze mną szedł, więc niech się teraz martwi sam, ale gdy psisko szczeka jeszcze bardziej przeraźliwie - wracam i przenoszę go przez wodę.
Chwilę później tracę mapę - nasiąkła wodą do tego stopnia, że gdy próbuję ją przełożyć - częściowo rozpada mi się w rękach, a częściowo zmienia w bezkszałtne papier mache.
Widoczność siada...
W Padiș - niemiła niespodzianka. Ani jedno z trzech zaznaczonych na mapie schronisk górskich - nie jest otwarte. Cały przysiółek sprawia wrażenie kompletenie wymarłego. Deszcz leje dalej jak z cebra, a na domiar złego zostaję otoczony przez sześć białych psów rozmiarów owczarka niemieckiego. Psy, osaczają mnie jakby nauczyły się tego z jakiegoś podręcznika: szczekają wcale nie przyjaźnie i gdy próbuję się ruszyć - szarpią nogawki moich spodni i paski od plecaka. Innej krzywdy mi nie robią - ale to wystarczy, bo marznę coraz bardziej, a pomysłu żadnego na wyjście z idiotycznej sytuacji nie mam. Krzyki o pomoc w nadziei, że może w którymś z domostw ktoś jest - pozostają bez odezwu. Dzwonię do koleżanki, która jak przypuszczam siedzi przy komputerze i proszę ją o skontaktowanie się z właścicielami schroniska, na którego stronie internetowej wyczytałem, że otwarte jest non - stop. Cristina oddzwania mówiąc, że gospodarzy nie ma i nie będzie. Proszę, żeby zadzwoniła w takim razie do hotelu z którego wyszedłem i spróbowała zorganizować jakiś transport - po chwili dowiaduję się, że nikomu z hotelu jechać się nie chce - święta, noc i za daleko.
Pozostaje mi chyba tylko Salvamont - ale niby pod jakim pozorem ich alarmować? Póki co jestem w dobrym stanie fizycznym, nie zgubiłem drogi, znam swoją pozycję, a że nie mam gdzie spać? Kogo to interesuje?
Robi się ciemno, psy jakby się znudziły, telefon rozładował - więc problem załatwiania pomocy zdalnie też się rozwiązał. Skręcam w lewo i zbiegam z przełęczy w ciemną noc, trzymając się brukowanej otoczakami drogi. Idę w atramentową noc, mlaskając przemoczonymi butami i dygocząc z zimna - bez jedzenia, bez mapy - ku niezanemu ufając, że droga dokądś mnie doprowadzi...

CDN

niedziela, 18 marca 2012

Skomplikowane życie Rumuna

Arad - okolice centrum
Rumuni uwielbiają komplikować rzeczy bardzo proste. I niestety nie tylko sobie, ale i obcokrajowcom zamieszkałym w ich pięknym kraju. Nim się kto oburzy za tak niemiły policzek, który wymierzam gospodarzom, niech przeczyta jak wygląda, dla przykładu, tak prosta czynność jak opłacenie mieszkania.

Zapłacenie wszystkich moich polskich zobowiązań  zajmuje mi średnio dziesięć minut miesięcznie, bez ruszania się nawet z łóżka - zlecenia internetowe, sms z kodem i miesiąc spokoju - wszystko tego samego dnia.
W Rumunii sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Począwszy od tego, że każda płatność przypada na inny dzień miesiąca i wykonuje się je nie w lejach rumuńskich (będących oficjalnym środkiem płatniczym) - co byłoby rozwiązaniem prostym i logicznym - a w lejach i w euro.
Arad
Euro jest w Rumunii walutą rozpowszechnioną do tego stopnia, że mieszkania za ustaloną w lejach cenę wynająć się po prostu nie da. Wszyscy są zadłużeni w euro i choć na przykład w Polsce mało kogo obchodzi czy wynajmujący płaci kredyt we frankach, funtach czy dinarach - cenę ustala się w złotówkach - w Rumunii ryzyko kursowe zgrabnie przerzucono na najemcę.

Kwit opłaty za odstępne
Za wynajem mieszkania w centrum Timisoary płacę więc dwieście euro miesięcznie odstępnego i jak uzgodniłem z właścicielką mam tą kwotę przelewać do dziesiątego każdego miesiąca. Nie miałbym z tym problemu, bo posiadam konto walutowe, gdyby nie prowizja w wysokości euro osiemnastu, którą sobie Banca Transilvania w takich przypadkach życzy. Żeby więc nie nabijać kabzy bankowcom, dziesiątego każdego miesiąca odbywam spacer do najbliższej schimba valutar (kantor), gdzie za leje wypłacone w bankomacie kupuję euro. Następnie idę do ING - i to nie byle jakiego, pierwszego lepszego - w Timisoarze mimo rozpowszechnienia euro jako środka płatniczego, jedyny obsługujący transakcje gotówkowe w europejskiej walucie mieści się przy ulicy Take Ionescu - w żadnym innym gotówki, choćby składać w ofierze wszystkie skarby świata, nie przyjmą. Wypełniam zlecenie wpłaty - co również nie jest takie proste. Pomylić się nie można. Skreslić, pogrubić, czy poprawić choćby błąd ortograficzny jaki się popełniło pisząc doue sute de euro równa się odesłaniu przez urzędnika bankowego na koniec kolejki. To nie koniec - na kwicie przekazu należy zeznać jak się w posiadanie środków pieniężnych weszło: wpisuję więc co mi ślina na pióro przyniesie i jaką tam mam fantazję - pojawia się więc sprzedaż samochodu, znalezienie pieniędzy na ulicy itp. (następnym razem będzie: "kupiłem za leje w kantorze") Jakby tego było mało: urzędnik bankowy kseruje dowód tożsamości, a kopię każe uwierzytelnić podpisem. Być może i w Polsce przepisy tego wymagają, ale od lat przynajmniej siedmiu nie miałem potrzeby płacenia za cokolwiek w bankowej kasie.

Dokument niżej należy wypełnić - zgodnie ze wskazaniami
liczników. Dokument powyżej dostaje się po opłaceniu
należności.
O ile wpłacanie euro to poważna sprawa, o tyle lejami nikt sobie już głowy nie zawraca i traktują je tu wszyscy nad wyraz niefrasobliwie. Płacę w lejach za prąd, internet i wszystkie koszty mieszkania - poza odstępnym. Każdego miesiąca, do piętnastego, muszę wypełnić tabelkę wydrukowaną na skrawku papieru. Wpisuję w nią stan liczników: woda zimna, woda ciepła; kuchnia, łazienka.Wypełnioną karteczkę wrzucam do jasnobrązowej skrzynki z napisem Administratie wiszącej sobie na ścianie przy wejściu do budynku. Kilka dni później, w oszklonej gablocie tuż obok skrzyneczki pojawia się wykaz należności dla każdego mieszkania w bloku. Sprawdzam więc wiersz odpowiadający mojemu mieszkaniu i idę na polowanie. Na administratora.

Jest nim starszy pan - z siódmym krzyżykiem na karku - mówiący po rumuńsku i węgiersku, a traktujący mnie jak upośledzonego umysłowo kretyna - bo mimo, że po rumuńsku jako - tako się dogaduję (umiem powiedzieć: Aș dori să platesc pentru apartament șaptezeci și noue - co w zupełności powinno starczyć) uznaje za stosowne wszystko tłumaczyć mi na migi.
Poluję na niego, bo numeru konta na który możnaby pieniążki wpłacić - nie ma. Starszy pan z małżonką dyżurują więc od czasu do czasu, bez jakiegokolwiek wzorca umożliwiającego ustalenie prawdopodobieństwa kiedy możnaby ich spotkać, w korytarzyku, przy plastikowym stole, kurząc jednego za drugim Marlboro. Kasę się im wręcza i banknoty lądują w metalowym, kolorowym pudełku po ciastkach. A gdy nie ma się szczęścia i nie natrafi na dyżur? Wonczas należy administratora znaleźć - zazwyczaj nie przebywa w swoim mieszkaniu pod numerem 68, co powoduje, że odbywam miesięcznie kilka wycieczek po wszystkich piętrach poszukując plączącego się tu i tam gospodarza.

Arad
Z lektury należności wywieszonej przy wejściu dowiaduję się, że średnia opłata za mieszkanie to jakieś 350 lei. Mieszkań jest w bloku dziewięćdziesiąt, co oznacza, że w puszce po ciastkach miesiąc w miesiąc ląduje nieco ponad trzydzieści tysięcy. Wyobrażam sobie, że starszy pan idzie później z tą całą kasą na pocztę, czy do banku i za jednym zamachem opłaca należności całego bloku. Wyobrażam tak sobie, bo konwojentów nigdy w pobliżu budynku nie widziałem. Musi być ów starszy człowiek nielichym miłośnikiem adrenaliny skoro nie boi się po ulicach łazić z taką gotówką w kieszeni.

Rumuni komplikują sobie również życie jeśli idzie o organizację przestrzeni. W Iulius Mall schody ruchome potrafią na przykład zmienić kierunek jazdy - i to z godziny na godzinę. Jest to o tyle frustrujące, że schody rozmieszczone są po przeciwległych krawędziach ogromnego quasi - patio i jeśli się pamiętając o tym które jeżdżą w górę, chce z nich skorzystać - nagle okazuje się, że tym razem jeżdżą jednak w dół - trzeba zgrzytając zębami obchodzić całe atrium dookoła - bo umieszczenie schodów jednych obok drugich byłoby nazbyt proste.

Do kategorii bezinteresownego utrudniania życia wszystkim zaliczyłbym też parkujące gdzie popadnie samochody - i nie mówię tu o skwerach, czy chodnikach - bo miejsca parkingowe w Timisoarze to dramat w pięciu aktach, a auto gdzieś postawić trzeba. Specjalnością rumuńską jest parkowanie pojazdów dosłownie na środku drogi, z załączonymi światłami awaryjnymi - i wycieczka w celu załatwienia swoich spraw. Z tego powodu jazda po Timisoarze wymaga stałego lawirowania z jednego na drugi pas ruchu. Nauczyłem się już, że w drodze na lotnisko, zaraz po przejechaniu Piaţa General Virgil Economu muszę uciec na pas prawy, bo jak nie to utknę za skręcającymi w lewo na najbliższym skrzyżowaniu samochodami (żeby ktoś wpuścił nie ma mowy), ale: błyskawicznie wrócić muszę na pas lewy - bo za najbliższym zakrętem jest niewielki sklep spożywczy na wprost którego wszyscy klienci dość beztrosko parkują swoje mașini. 

Najciekawsze jest, gdy pytany przez tubylców co sądzę na temat ich kraju, opowiadam o tych małych, irytujących rzeczach. W reakcji najczęściej wzruszają ramionami i z jakimś głębokim, niepojętym dla mnie fatalizmem, wynikającym nie wiedzieć z czego mówią: Asta e România. Dodając, od czasu do czasu: I hate this fucking country. Skąd w rumuńskiej duszy tak ogromna niechęć do rzeczywistości, a i przy okazji kompletny brak woli jej zmiany? Jak na razie jest to dla mnie największa zagadka tego kraju. Niezidentyfikowany i niewidoczny - ale jednak obecny - ciężki, paraliżujący i wysysający siły życiowe oraz naturalną chęć poprawy bytu duch România trzyma biednych Rumunów pod butem i pozwala im jedynie na spokojną akceptację świata takim jaki jest.


Autostrada Arad - Timisoara
Dorzucam kilka fotek z Arad - 170 tysięcznego miasta położonego jakieś pięćdziesiąt kilometrów na północ od Timisoary. Miasto raczej nudne - dość niską zabudowę w samym centrum przytłaczają gigantyczne gmaszyska użyteczności publicznej z przełomu XIX i XX wieku pobudowane jeszcze chyba przez Węgrów, a które pasowałyby raczej do miasta dwu-, trzykrotnie większego.

Obecnie Arad się modernizuje i jazda po ulicach wiodących od Timisoary w kierunku centrum jest ciężkim sprawdzianem dla zawieszenia samochodu. W sobotę, gdy mnie tam zawiało - miasto praktycznie bezludne.
Arad - ratusz
Arad i Timisoarę łączy nowo wybudowana autostrada, przy czym tylko słówko "nowa" nie jest na wyrost. Zapomniałem wziąć ze sobą GPS i próżnom szukał oznakowania wiodącego na nią z centrum miasta. Autostrada tylko z nazwy łączy te dwa miasta - jedyny czynny zjazd w pobliżu Timisoary mieści się jakieś 16 kilometrów od miasta. Droga tylko częściowo ogrodzona jest płotami, więc w przypadku wtargnięcia na nią w nocy zwierzyny - może być różnie, za to obowiązuje na niej zakaz wyprzedzania przez ciężarówki - co pochwalam w pełnej rozciągłości.

A tu skromna cygańska (jak sądzę) chałupka, którą znalazłem niedawno w Timisoarze. Dodam, że jest wysokości mniej więcej czteropiętrowego bloku.

niedziela, 11 marca 2012

Na deser muzyczka cz.2

Idąc za ciosem (spóźnionym nieco), dorzucam porcję rumuńskiej muzyki, przy której współczesna młodzież się już raczej nie bawi, ale na pewno bawiła ich rodziców i sądząc po ilości wejść na You Tube - nie traci na popularności.
Przy pomocy znajomego i mojej researcherki (która ostatnio z jakiegoś powodu strajkuje) wybrałem pięć utworów, które mają  być najbardziej reprezentatywne (i popularne) dla okresu Republica Populară Româna (1947 - 1965), Republica Socialistă de România (1965 - 1989) i początku România czyli po 1989 roku.

1. Dan Spataru, rekordzista świata w czasie trwania owacji. W 1967 roku, gdy koncertował na Kubie bito mu brawo przez 16 minut i 19 sekund. Piosenkarz uwielbiany przez wszystkich Rumunów do tego stopnia, że od sześciu lat w mieście Medgida odbywa się Międzynarodowy Festiwal Piosenki Rumuńskiej (w zasadzie: Festiwal Łatwej Piosenki Rumuńskiej - jeśliby tłumaczyć dosłownie: Festivalul Internaţional de Muzică Uşoară Românească "Dan Spătaru").

Dan Spataru - Drumurile noastre


Tytuł piosenki to: "Nasze Drogi" - tekst można znaleźć tutaj - zakładając, że kogokolwiek zainteresuje bo google translate przy nim wymiękł. Ogólnie, jak chyba większość szlagierów mówi o utraconej miłości, zawodzie, oczekiwaniu, że nasze drogi się kiedyś jednak przetną.

2. Luigi Ionescu - mój ulubiony, z powodu piosenki, którą zamieszczam poniżej. Śpiewać zaczął już w szkole średniej. Poza tym był profesjonalnym piłkarzem: grał w zakładowej drużynie piłkarskiej Letea Bacău (funkcjonująca do dziś fabryka papieru) - na pozycji bramkarza. Przyjaciele określali go jako człowieka bardzo skromnego. "Lalele" - to po polsku tulipany, największy szlagier Ionescu napisany przez Temistoclesa Popę.

Luigi Ionescu - Lalele


3. Gil Dobrica. Wzorował się na Ray'u Charles - którego poznał zresztą osobiście w 1996. Najmłodszy z rodzeństwa, pochodzący z Craiova - dzieciństwo upłynęło mu na ganianiu po łąkach kóz i krów, łapaniu ryb i śpiewaniu - miał zacząć w wieku pięciu lat. Do 1970 roku równocześnie śpiewał po nocnych klubach Bukaresztu i pracował jako tokarz. Życie wiódł bardzo artystyczne: za dużo pił, za dużo palił i nigdy się nie ożenił. Stał się za to prekursorem nowej fali w rumuńskiej muzyce - zaczął śpiewać piosenki z pogranicza rhytm and blues oraz country w czasach gdy rumuńskie gusta były aż nadto konserwatywne. W latach 90 kres jego karierze położyła choroba - podagra. Zmarł w biedzie w 2007 roku.

Gil Dobrica - Hai acasa (Chodźmy do domu)


4. Laura Stoica - artystka "przełomu" - wypłynęła gdzieś w okolicach 1986 roku, ale szczyt jej kariery przypadł na lata zaraz po rewolucji (w 1990 utwór który prezentuję poniżej został uznany wydarzeniem muzycznym roku). Za życia wydała w sumie sześć albumów. Po jej tragicznej śmierci w 2006 roku (zginęła ciężarna, wraz z narzeczonym, w wypadku samochodowym) wydano jeszcze trzy.
W pierwszej połowie lat 90 obsypywana różnorakimi nagrodami, w tym tak oryginalnymi jak na przykład: "Najseksowniejsza rumuńska piosenkarka" (1994).
Od 2007 roku funkcjonuje fundacja jej imienia, która zajmuje się wyszukiwaniem młodych talentów.
Warto posłuchać - moim zdaniem, bardzo ładny głos.
Oficjalna strona piosenkarki.

Laura Stoica - Actor Grabit
(przetłumaczyć nie potrafię, żeby miało jakikolwiek sens)


5. Gica Petrescu - aktywny zawodowo przez 70 lat (!) w czasie których skomponował i wykonał ponad 1500 utworów. Debiutował w 1937 roku. Jako jeden z niewielu artystów nagrywał w ciągu swojego życia na wszystkich istniejących nośnikach (płyty szelakowe, winylowe, kasety magnetofonowe, dyski CD). Żonaty przez 34 lata z Cezariną Moldoveanu - kochany przez kilka pokoleń Rumunów, komponował muzykę, którą można chyba określić mianem "biesiadnej" (zresztą tytuł albumu: "Cintece de pahar" - Śpiew szklanki (?) - mówi sam za siebie).
Próbka poniżej.

Gică Petrescu-Căsuța noastră (Nasz Domek)



Miłego słuchania!
Dziękuję za pomoc w zebraniu materiału Roxanie Dâscă  i Andreiowi Apostol.

niedziela, 19 lutego 2012

Na deser - muzyczka

To co słychać w rumuńskich klubach rzadko odbiega od standardu radosnej, pozytywnej i wesołej potupajki (jak wszędzie). Bardzo często są to też utwory, które można usłyszeć niezależnie od długości i szerokości geograficznej na jakiej się dyskoteka znajduje - bo globalizacja zbiera przecież żniwa.
Pewne regionalizmy się jednak zachowują. Zamieszczam poniżej trzy pierwsze miejsca z listy przebojów radia Pro FM, z dzisiaj - które śmiało chyba można określić mianem top hitów zimy 2011/2012. Lecą też na okrągło w rumuńskich klubach, mogą więc dawać wyobrażenie przy czym się tutejsza, młodsza i starsza, młodzież bawi. Ze względów czysto poznawczych (a może i estetycznych w zależności od gustu) warto posłuchać.

Miejsce trzecie:



Z którym to mam zresztą osobiste wspomnienia - Corina uczyła mnie na tym rozumienia za słuchu języka rumuńskiego. Jak się okaże na przykładzie miejsca drugiego przyniosło, póki co, mierne skutki.

Miejsce drugie:



To ponoć Brazylijczyk, co do którego miałbym dziwne podejrzenia, że wszystkie piszczące na teledysku ślicznotki piszczą raczej z powodu jego ujmującej powierzchowności niż piosenki, gdyby nie fakt, że mi samemu utwór się jakoś dziwnie podoba. Skompromitowałem się zresztą na całej linii przy tej piosence sądząc, że słowa refrenu to frumoasa, frumoasa (piękna, piękna) - co jak się okazało nie było w ani jednej sylabie prawdą.

No i miejsce pierwsze:



O którym nie umiem nic więcej powiedzieć ponadto, że jest chyba wpadającym w ucho hip - hopem i leci w radio zawsze gdy jadę rano do pracy.

Jest jeszcze jeden hicior, który chyba się już za bardzo osłuchał, bo na liście był szósty, ale nadal w klubach gdy go puszczają wszyscy wrzeszczą jakby ktoś rozlał kilkaset litrów wody i wrzucił do niej załączoną suszarkę - takich emocji pominąć nie można toteż linkuję niniejszym poniżej.



These are three top records from best of the best list aired today on Pro FM radio. They may give some impression what's the music played in Romanian clubs during winter 2011/2012. I added as well Lykki Li which apparently makes all Romanian Youths absolutely crazy (judging by their behaviour).